![]() |
|
|
|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
No coż, to może rzeczywiście czas na jakąś dłuższą relację z imprezy.
Miałem już okazję odespać trudy podróży, więc.... (Mam nadzieję, że nie
zaśniecie w połowie tego tekstu, ale postanowiłem się nie ograniczać ;) )
Jeżeli ktoś zapragnie więcej szczegółów, to dajcie tylko znać... ;) Na
samym początku specjalne pozdrowienia dla Tadeusza Łuczejki i Michała
Bukowskiego. Było warto.
Zaczęliśmy dość prozaicznie z nadzieją, że podróż przebiegnie w miarę OK.
Nie zastanawialiśmy się nad tym, czy ludzie są aż tak pomysłowi, żeby udać
się aż tak wcześnie na spotkanie z Papieżem, ale cóż.... BYLI!
Zapakowałem moją połowicę, kilku naszych znajomych na korytarz i... Droga
do Krakowa upłynęła nam w miłym towarzystwie harcerzy, którzy postanowili
rozpocząć manewry, aby zdobyć "sprawność przepychacza". Gdy już cały
hufiec przecisnął się na jedną stronę pociągu, zaraz wracał, żeby nie
zajęli mu poprzedniego miejsca... Wszystko odbywało się oczywiście przy
nocnych dyskusjach o Michaelu Stearnsie, Biosphere i innych
"elektronicznych pozycjach". Swoją drogą ciekawe, co człowiekowi
przychodzi do głowy podczas zwiedzania korytarzy w polskich pociągach...
Typowe długie fanów rozmowy.... ;))) Gdzieś w połowie drogi mogliśmy
jednak odsapnąć i wcisnąć się do jednego z przedziałów. Dalej już nic nie
pamiętam.... Przynajmniej do ranka w Krakowie, gdy brudni i spoceni
wygramoliliśmy się z pociągu. Była 10.00, a wyjazd mieliśmy o 14.00.
Jednak w związku z tym, że jeden z kolegów okazał się bardziej niecierpliwy
i skutecznie uniemożliwił nam kilkugodzinny spacer po Krakowie, pół godziny
później byliśmy już w Autosanie model LUX.

Na miejsce dotarliśmy już w zasadzie trochę wypoczęci... 16 godzin jazdy
(ze Szczecina) to jednak nie przelewki... Podczas transportu pieszego i
typowego wypytywania "czy rzeczywiście wiem, gdzie ich prowadzę", na
horyzoncie nagle się rozjaśniło. Byliśmy zaciekawieni "prorokiem", który
mijał nas z rozwianą, siwą brodą, zapatrzony w dal... Był to jeden z
wykonawców, który udawał się po zaopatrzenie dla siebie - z tego, co
podejrzałem, były to jabłka i przejrzałe banany, jeżeli ktoś jeszcze jest
ciekawy ;)) Jedynym minusem Gorlic jest fakt, że to strasznie dłuuuuuugie
miasteczko, więc jak już doszliśmy na miejsce, byliśmy naprawdę szczęśliwi.
Tam okazało się, że wszystko odbędzie się w Domu Kultury, z całkiem niezłą
salą koncertową w starym stylu. Ja w międzyczasie udałem się na
poszukiwania Tadeusza Łuczejki, który huczał gdzieś za sceną. Przyznam, że
nie spodziewałem się, że jest on człowiekiem o tak drobnej posturze ;)) Był
za to nad wyraz sympatyczny i nie było dla niego rzeczy nie do
załatwienia... Zaś jego opowieści o chałwie powodowały zawsze wybuch
smiechu. W międzyczasie natknąłem się na parę "osobistości" ze świata
polskiej muzyki elektronicznej: Bukowski, Kubiak, Gruszczyński, Kordowicz,
Kucz, Kaliński, Bociński. Poza tym były powitania z dyrektorem GCK i
zdawkowe wymiany zdań ze wszystkimi. Atmosfera zaczęła się wyraźnie
zagęszczać, mimo że do koncertów było jeszcze jakieś 2 godziny. W tym
miejscu Darkowi Kalińskiemu (również muzykowi) należą się specjalne
podziękowania za to, że postanowił zawieźć nas swoją czarną panterą do
ośrodka PAN, oddalonego o ładnych paręnaście kilometrów od GCK, w którym
mieliśmy nocować...
Tam mogliśmy w końcu złożyć nasze bagaże. Wszystko to było jednak
zakłócane przez kierowniczkę ośrodka, która przez marne gesty życzliwości
starała się ukryć, że w zasadzie nie jesteśmy tu zbyt mile widziani. No
cóż, jej prawo. Jednak jako przedstawiciel "nauki polskiej" wstydzę się,
że trafiłem na takie indywiduum. To wszystko odbywało się przy wtórze
nieustających żądań o dane, nazwiska, kontakty, informacje i telefony...
Niestety moje nazwisko było na wszelkich "papierach rezerwacyjnych", więc w
końcu powstrzymałem się od propozycji podania jej moich wymiarów... No co,
w końcu przecież chciała wszystko wiedzieć. Pokoje były przeciętne,
czteroosobowe. Pająki średnio agresywne. Po pierwszym ataku dały sobie
spokój widząc, że to nie przelewki i ulokowały się w łazience, żeby nas
chociaż popodglądać. W końcu umknąłem i nie podałem kierowniczce żadnych
danych. A co!, niech rozpacza... ;)
Napięcie rosło dalej. Zaciekawione spojrzenia rzucane "wielkim",
Kojarzenie, kto jest kto... To powodowało stały napływ adrenalinki. W
końcu samochodem podjechali CI DWAJ - remote.spaces. Po pierwszej, typowej
u nas, kłótni z jednym z muzyków, ustaliliśmy z organizatorami szczegóły i
zaczęliśmy się wypakowywać. Do rozpoczęcia koncertów pozostało bardzo mało
czasu, więc druga część ekipy, jeszcze względnie nieprzytomna, udała się na
salę. No i tu wypadałoby zacząć w końcu recenzję z koncertu. Na początek
"mocne uderzenie": Wiktor Kuna.
Hmmm... Widać było, że się stara. Chciał wszystkich zaskoczyć, może
trochę olśnić, ale najwyraźniej jest jeszcze na to za młody. Z informacji,
które uzyskałem, wynikało, że przygotowywał wszystko w ciągu 3 miesięcy od
dnia, w którym dostał w prezencie pierwszy keyboard... ;) I to było widać.
O jego występie nie da się napisać nic pozytywnego, poza tym, że budzi on
nadzieje na przyszłość ;) Jego występ, jak wynikło z rozmowy z dyrektorem
artystycznym, miał trwać 20 minut, a nie godzinę. Gdyby tak było, być może
ludzie nie wychodziliby zniesmaczeni z sali, a tu taka plama...
Drugi był Bookovsky... Tu wyraźnie uwidoczniła się przepaść między tymi
dwoma wykonawcami. Zaprezentował nam soczysty materiał z płyt "Analogy" i
"Book Of Sky". Ludzie zaczęli wracać na sali, żeby lepiej wysłuchać tego
ewenementu. "Rozhuśtał" całą widownię (co oczywiście nie znaczy, ze były
tańce ;)) do tego stopnia, że nie chcieli wypuścić go ze sceny. Z jednej
strony skromnie wizualnie, a z drugiej strony muzyka zapierająca czasami
dech w piersiach. No cóż, Bookovsky... Na koniec warto by było wspomnieć
o bisie, którego nawet osoby zupełnie nieprzepadające za el-muzą wysłuchały
z niekłamaną przyjemnością. GeigerBOX! Moja towarzyszka wyraziła nawet
żal, że nie ma jeszcze tej płyty w sprzedaży. To nie była odosobniona
opinia.... Michale, czas na wydawnictwo! Uwieńczeniem dnia był zespół
Klandestein.
Zagrali z ponad godzinnym opóźnieniem. Przyznam, że trochę zawiodłem
swoje oczekiwania. Jest to zespół składający się z basisty, klawiszowca i
pani, która w języku (tak twierdzili) japońskim "wymrukiwała" haiku. Nie
można było nic zarzucić ich muzyce, perfekcyjna do granic, ale trochę za
spokojna... Widocznie byłem jeszcze wciąż zmęczony, ale miałem wrażenie,
że zaprezentowali, z przerwami, jeden utwór. W każdym razie zmieniały się
teksty (podobno), a podkład pozostawał ten sam. Jednogodzinny utwór to nie
było jednak to. Odpływałem co chwilę w niebyt, aby oprzytomnieć mniej
więcej pod koniec ;) Bardzo przyjemny ambient, ale w zbyt dużej, monotonnej
dawce. Wszystko zakończyło się bardzo późno. Dopiero gdzieś koło północy
mogliśmy w końcu odsapnąć w miejscu spoczynku. Oczywiście okazało się, że
będziemy nocować w 8 osób w pokoju 4-osobowym, ale czego się nie robi dla
fanów ;)))
Kolejny dzień rozpoczął się dość późno z powodu wieczornego świętowania
(chyba przyjazdu, bo czegóż by innego ;))). Postanowiliśmy przenieść się
na miejsce imprezy. Każdy na swój sposób. Długie rozmowy z
przedstawicielami mediów, przekazywanie płyt promocyjnych to było to, co
zajęło mój czas aż do występów. Tutaj miłe zaskoczenie. Andrzej
Woszczyński. Nie boję się dodać - wirtuoz gitary (choć kiksów też trafiło
mu się chyba parę ;) Pokazał, jak można grać na gitarze "szkołę berlińską"
;)))) Bardzo mroczne riffy, dużo żonglerki przy przetwarzaniu dźwięku na
żywo. Udało mu się mnie ruszyć. Na koniec mała niespodzianka. Ostatni
utwór było słychać, słychać, słychać, a nagle, prosto z sali podniósł się
sam wykonawca i wszedł na scenę. Prosty trick, który zaskoczył chyba
wszystkich. Ja osobiście nawet nie zauważyłem, kiedy światło zostało
zgaszone, żeby muzyk mógł się przemieścić. Zaprezentował on utwory ze
swojej autorskiej płyty "GSM-Baby". Hendrix w Polsce? Hmmmm.... ;) O
następnym wykonawcy nie powinienem w zasadzie pisać, bo moje komentarze
mogą być nieobiektywne... No ale...
Tym razem wszystko odbyło się bardzo skromnie i wyraźnie wyszło to na
dobre występowi. Jednym z kawałków był "Arpematik", ale był też i "Kosmolot",
i parę innych rzeczy. Wykonawcy zaprezentowali w większości najnowszy
materiał. Wszystkie kawałki były w specjalnych, koncertowych wersjach.
Wszystko ze smaczkiem połączone w jedną całość, delikatnie, czasem ponuro
snuło się między widzami. Przede wszystkim nie nużyło. Nastroju
dopełniały 2 rzeczy: delikatnie zmieniające się światła w tle i
instrumenty muzyków. Tym razem postanowili usiąść tyłem do widowni, w
kucki, żeby pokazać, co robią, wciągnąć widzów w sam proces tworzenia,
zafascynować migającymi lampkami. Na scenę weszli, jak muzyka grała już od
kilkudziesięciu sekund i płynnie włączyli się w swoją część roboty.
Przyszły mi tu na myśl wczesne koncerty Schulze'a... No cóż, w tym coś
jest.
Jak zwykle pojawiły się "drobne problemy", na które nikt w zasadzie,
oprócz pierwszego rzędu, nie zwrócił uwagi. Muzykowi włączyła się komórka
i zaczęła nagle wygrywać melodyjkę. Nie stracił jednak rezonu udając, że
to nie jego. Na koniec poszedł bis, bardziej lekki - "Lato w Mieście", aby
rozruszać słuchaczy. Taki przyjemny, chłodny prysznic. Podsumowując:
były problemy z kablami i burczenie rozlegające się z jednego z
instrumentów mogło popsuć wszystko, poszło jednak nadzwyczaj dobrze.
Trochę później mieliśmy okazję zamienić parę zdań z samym Jerzym
Kordowiczem z PR.III (kto nie zna, niech naprawi błąd!), który oznajmił
nam, że jest pod wrażeniem... Rozmowa przeciągnęła się, a jej skutki
będziecie mogli usłyszeć za jakiś czas w radiu. Red. Kordowicz okazał
się, wbrew opiniom, szalenie sympatycznym i dowcipnym człowiekiem, choć
bardzo małej postury i ufoludkowego wyglądu, ale, jak pewnie wiecie,
wielkiego głosu ;) Trzeba powiedzieć, że starał się jak mógł i czasami
wyraźnie było czuć zwiększające się napięcie podczas przerw, gdy starał się
wymyślić coś jeszcze ciekawszego niż wcześniej powiedział ;) Potrafi porwać
słuchacza, mimo że czasem jego komentarze są co najmniej zastanawiające....
|
Następny w kolejce był znany wam już zapewne Konrad Kucz. Co?? Nie
znany?? A Futro słyszeli? No, to właśnie jego robota. Jeżeli
rzeczywiście chcecie posłuchać kawałka dobrego ambientu, w te pędy do mnie,
a ja skontaktuję się z nim i będziecie mogli nabyć parę płyt (koniec
rekamy). Zaprezentował kolejną część swojego materiału "Bezkresne Łąki" w
wersji DUB. Bardzo plastyczny i mleczny, wprawił mnie w miły nastrój, bo
mimo tego, że utwory zlały się w jedną całość, to nie można się było
nudzić. Słuchałem już tej muzyki wielokrotnie na żywo, ale za każdym razem
pojawia się w niej coś ciekawego. Dlaczego tak przewrotny tytuł? Z powodu
sampla, którego KK używa dość często ;))) W każdym razie widzowie bawili
się razem z wykonawcą i na końcu nie pozwolili mu zejść ze sceny (tradycja?
piękne imię ;) Tym razem na bis poszła melodia, która jest przygotowana do
występów z "Futrem"... I tu właśnie pojawił się mały problem... Nie
przepadam za tego typu muzyką, ale to, co przedstawił Konrad Kucz sprawiło,
że kołysałem się i potupywałem delikatnie razem z widownią. Tiaaaa...
Skoro już mówimy o tradycji, to warto byłoby wspomnieć, że za każdym
razem gdy KK i RS grają razem, powstaje jam. Tym razem nie mogło być
inaczej. To, co zaprezentowali nam muzycy, było na wskroś przesiąknięte
eksperymentem. KK kręcił gałami, a RS ledwo nadążali ze zmianą brzmień w
keyboardach. Wgniatało w krzesła (to był taki pierwszy raz), chodziły
ciary i otwierały się wrota piekielne. "Szkoła berlińska", ambient, jazz,
industrial... co to za różnica... Uważny słuchacz na pewno znalazłby
elementy tego wszystkiego w tym, co wydobyło się z instrumentów. To
wszystko przy nierozpraszającym oświetleniu, w półmroku. Wizyta w innej
przestrzeni... Ze względu na moje osłuchanie z ich utworami nie miałem tej
pełni szczęścia co w momencie, gdy odkrywam coś nowego, ale w obu
przypadkach nie mogę nic zarzucić wykonawcom.
Dzień zakończył się oczywiście wspólnym świętowaniem, chociaż my,
zmęczeni, po części, postanowiliśmy udać się na spoczynek. Konrad Kucz,
który po przyswojeniu "leczniczych syropów" zawsze dostaje "ciętego
humoru", nie zawiódł nas też tym razem. Jego popisy wokalne zapadną mi w
pamięci na długo (ale Ciiii... nie mówcie nikomu, bo to tajemnica). Tu
wypływa na wierzch, jak (w większości) muzycy grający elektronikę i
pokrewne są otwarci na fanów i wszelkie dyskusje. Nie zdarza się to często
w przypadku innych gatunków. Nawet ambientu... I tak rozpoczął się
kolejny dzień.
Martin Wasko i Pavol Pilip. Przyznam, że choć nie zaskoczyło mnie to, co
zaprezentowali obaj panowie, nie było to takie najgorsze. Pan Wasko grał
bardzo klasycznie (klasycystycznie?). Nie było to złe, ale w związku z
tym, że się spóźniłem, to nie chcę wyrażać swoich komentarzy. Następnie na
scenę wszedł DJ Pavol i rozbawił publiczność do tego stopnia, że nawet ja,
stary, w ostatniej chwili zostałem powstrzymany przez moją dziewczynę przed
wyskoczeniem na scenę w celu wycięcia paru hołubców. Wybaczcie, w
dyskotece zawsze tak reaguję... Pane Pavol, to ne ten toperek!
Hmmm.... PalSecam. O nich nie napiszę dużo, bo słuchanie tego typu
produkcji nie sprawia mi już prawdziwej przyjemności. Za bardzo cały
występ przypominał mi oglądanie dema. Grali z laptopów (!!!) i
prezentowali w tle bardzo przyjemną animację, wszystko zgrane i dopasowane,
typowy industrial. Dobry występ, ale ja osobiście za bardzo się tym już
przesyciłem. Co jednak może zainteresować paru Czytelników - członkowie
grupy sprawiali nawet wrażenie byłych scenowców.
Mogę powiedzieć, że mimo, że nie przepadam za muzyką pana Lasonia, jakoś
zaciekawiła mnie jego postawa. Tym razem zaprezentował perfomance jakiego
jeszcze u niego nie widziałem. Wprawdzie w pewnym momencie muzyka stała
się dla mnie uciążliwa i postanowiłem wyłączyć wiertarki huczące w moim
uchu, czyli przenieść się do poczekalni, ale opowiem wam o początku. Ruchy
artysty sprawiały wrażenie bardzo wyważonych. Czasami przypominał mi
robota, co dodawało trochę nierealności całej scenerii. Zaczął dziwnie.
Instrumenty grały, człowieka nie było widać (byłem na balkonie). Dopiero
po dłuższej chwili zobaczyłem, że klęczał przed nimi. Nieco tanecznym
krokiem, przez jakieś 10 minut przemieszczał się "stylem motyla walczącego
z kobrą" do stanowiska katowskiego (czyt. klawiatur). Teraz zaczęła się
jazda jakby nawet piekielna. Przejechał mi wielokrotnie po uszach i trzeba
powiedzieć, że mimo mojego wrogiego nastawienia występ ten zrobił na mnie
jakieś wrażenie. Poza tym jego lennonki są kultowe, a czarno-biali
(kolorystycznie) ludzie w goglach spawalniczych są rzadkością ;)))) Był
dobry, ale dalej nie przepadam za jego muzyką.
Podsumowanie imprezy. Zaprezentowali materiał, który ze względu na
podkład filmowy wgniatał w siedzenie. Muzyka ostra, mroczna, mocno bijąca
po uszach i oczach. W tle film w formie teledysku, z szybko zmieniającymi
się sekwencjami, ze schizofrenią w stylu Geigera. Warto było. Po występie
czułem się wymięty, wykręcony na lewą stronę, ale jednocześnie nachodziły
mnie myśli na temat pędu świata, bezsensu wojen, dalekich podróży. To
wszystko było w ich materiale. I trzeba przyznać, że było wyjątkowo
spójne. Co do sekundy... Aż czasami szkoda, że nie pozostawili sobie
możliwości improwizacji... Kawał profesjonalnej roboty. Na końcu
oczywiście podziękowania, gratulacje, rozmowy z fanami.
Na końcu wszyscy wykonawcy zebrali się przy ognisku, żeby pożartować,
porobić zdjęcia, porozmawiać o muzyce, skomentować swoje występy i
wysłuchać optymistycznych zapowiedzi dyrektora GCK. No cóż, czy "Ambient
2003" będzie miał miejsce, nie jest wcale pewnikiem. Czas pokaże. Urocze
widoki, duża dawka profesjonalnych występów i dobrej muzyki,
przesympatyczni ludzie. Czego chcieć więcej?
W każdym razie było warto. Powrót do domu był jeszcze bardziej ciekawy.
Pani w okienku kasowym po słowie faktura wyraźnie zbladła. Prawie pół
godziny zajęło jej znalezienie druków, pieczątek, wypisanie wszystkiego.
Była bardzo roztrzęsiona... Pewnie od teraz wieczorami będą krążyć wsród
tamtych kasjerek PKP legendy o "gościach z piekieł" żądających rzeczy
niemożliwych. Okazało się również, że wszyscy pielgrzymi postanowili
wracać właśnie w niedzielę i tym samym pociągiem co my, bo był to jedyny
bezpośredni. Nie zauważyli podstawionych "żółtków" (a może je
zignorowali), które małymi skokami miały ich rozwieźć po terenie całego
kraju. No racja, kto by się chciał 10 razy przesiadać... Zmięci, spoceni,
prawie opluci, walcząc o miejsce z uzbrojonymi w chorągiewki staruszkami,
dowlekliśmy się do Szczecina. Watahy osób narodowości cygańskiej,
rezerwistów i pospolitych mętów mieszały się z barwną ciżbą ludzi w
korytarzach. Poczułem się jak w przedwojennym tramwaju, gdzie starowinki z
tobołami z mlekiem i kiełbasą przepychały się, żeby zająć najlepsze miejsce
i postawić bagaż na nogach współpasażera... Ale skąd ja to mogę wiedzieć
albo pamiętać ;)... Ale Ambient pamiętam....
W ramach suplementu do mojego "króciaka" polecam odwiedziny oficjalnych
stron duetu Palsecam, tercetu Klandestein czy duetu remote.spaces.
strona PalSecamu:
http://terra.pl/palsecam/
ftp z mptrójkami i avikami:
ftp://ftp.klosz.art.pl/scene/distro/palsecam
strona Klandestein:
http://strony.wp.pl/wp/klandestein/
strona remote.spaces:
http://remotespaces.neo.pl/
Członkiem ostatniego z zespołów jest
zapewne znany wszystkim amigowcom VanGhorne.
Jeżeli będziecie potrzebowali jakichś informacji dotyczących wymienionych
powyżej wykonawców, bądź będziecie chcieli, abym rozwinął trochę temat,
dajcie znać ;)
ps. zdjęcia autora.
|
Maciej "Juma" Gozdek |
Pokaz wszystkie teksty tego autora |
Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E Webmaster: www.TomaszPacyna.net (c) 1998-2008 Taboo Staff |