Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(412)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(7)
     Galerie(5)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron






Ambient 2002 (Gorlice, 15-17 sierpień 2002)

No coż, to może rzeczywiście czas na jakąś dłuższą relację z imprezy. Miałem już okazję odespać trudy podróży, więc.... (Mam nadzieję, że nie zaśniecie w połowie tego tekstu, ale postanowiłem się nie ograniczać ;) ) Jeżeli ktoś zapragnie więcej szczegółów, to dajcie tylko znać... ;) Na samym początku specjalne pozdrowienia dla Tadeusza Łuczejki i Michała Bukowskiego. Było warto.

Little info:

Raport ten jest relacją z imprezy w jakiej brałem udział jako osoba oficjalna, więc mogłem przyjrzeć się jak wszystko wygląda od podszewki. W ddatkowu "pomagam" jednemu z zespołów, które brały udział w imprezie (remote.spaces) i zapewniam was, to nie jest kryptoreklama! (Adres strony, na której możecie zamawiać płyty, na końcu ;)

Preludium


Zaczęliśmy dość prozaicznie z nadzieją, że podróż przebiegnie w miarę OK. Nie zastanawialiśmy się nad tym, czy ludzie są aż tak pomysłowi, żeby udać się aż tak wcześnie na spotkanie z Papieżem, ale cóż.... BYLI! Zapakowałem moją połowicę, kilku naszych znajomych na korytarz i... Droga do Krakowa upłynęła nam w miłym towarzystwie harcerzy, którzy postanowili rozpocząć manewry, aby zdobyć "sprawność przepychacza". Gdy już cały hufiec przecisnął się na jedną stronę pociągu, zaraz wracał, żeby nie zajęli mu poprzedniego miejsca... Wszystko odbywało się oczywiście przy nocnych dyskusjach o Michaelu Stearnsie, Biosphere i innych "elektronicznych pozycjach". Swoją drogą ciekawe, co człowiekowi przychodzi do głowy podczas zwiedzania korytarzy w polskich pociągach... Typowe długie fanów rozmowy.... ;))) Gdzieś w połowie drogi mogliśmy jednak odsapnąć i wcisnąć się do jednego z przedziałów. Dalej już nic nie pamiętam.... Przynajmniej do ranka w Krakowie, gdy brudni i spoceni wygramoliliśmy się z pociągu. Była 10.00, a wyjazd mieliśmy o 14.00. Jednak w związku z tym, że jeden z kolegów okazał się bardziej niecierpliwy i skutecznie uniemożliwił nam kilkugodzinny spacer po Krakowie, pół godziny później byliśmy już w Autosanie model LUX.

Asy szos i Robinson


Biorąc pod uwagę, typowe w tym modelu, wyłamane nawiewy, lampki i wieszaki przy siedzeniach, podróż przebiegała w bardzo "komfortowych" warunkach... No cóż, może z wyjątkiem jednego z współpasażerów, który na trasę Kraków-Gorlice postanowił zabrać ze sobą psa. Niby nic szczególnego, powiecie, ale biorąc pod uwagę, że był dość brudny i mokry, bo właśnie się rozpadało, i że rozsiewał wokół dość charakterystyczną woń (pies, a nie jego pan), nie było to nic przyjemnego. Wierzcie mi. Ludek wyciągnął buły, zaczął karmić psa i sypać w dużych ilościach po ziemi. Wyciągnął też garść Playboyów, wysypały mu się kasety porno z plecaka... Na koszulce i krótkich spodenkach miał wszelkie posiłki z ostatnich 3 miesięcy, rozpięty rozporek na dość obfitym brzuchu i buty przyozdobione grubą warstwą "zemistej maseczki". Byłem wdzięczny mojej dziewczynie, która na widok pszczoły postanowiła zmienić miejsce zasiedzenia ;))) No cóż, CO MIASTO TO OBYCZAJ.


Dotarli


Na miejsce dotarliśmy już w zasadzie trochę wypoczęci... 16 godzin jazdy (ze Szczecina) to jednak nie przelewki... Podczas transportu pieszego i typowego wypytywania "czy rzeczywiście wiem, gdzie ich prowadzę", na horyzoncie nagle się rozjaśniło. Byliśmy zaciekawieni "prorokiem", który mijał nas z rozwianą, siwą brodą, zapatrzony w dal... Był to jeden z wykonawców, który udawał się po zaopatrzenie dla siebie - z tego, co podejrzałem, były to jabłka i przejrzałe banany, jeżeli ktoś jeszcze jest ciekawy ;)) Jedynym minusem Gorlic jest fakt, że to strasznie dłuuuuuugie miasteczko, więc jak już doszliśmy na miejsce, byliśmy naprawdę szczęśliwi. Tam okazało się, że wszystko odbędzie się w Domu Kultury, z całkiem niezłą salą koncertową w starym stylu. Ja w międzyczasie udałem się na poszukiwania Tadeusza Łuczejki, który huczał gdzieś za sceną. Przyznam, że nie spodziewałem się, że jest on człowiekiem o tak drobnej posturze ;)) Był za to nad wyraz sympatyczny i nie było dla niego rzeczy nie do załatwienia... Zaś jego opowieści o chałwie powodowały zawsze wybuch smiechu. W międzyczasie natknąłem się na parę "osobistości" ze świata polskiej muzyki elektronicznej: Bukowski, Kubiak, Gruszczyński, Kordowicz, Kucz, Kaliński, Bociński. Poza tym były powitania z dyrektorem GCK i zdawkowe wymiany zdań ze wszystkimi. Atmosfera zaczęła się wyraźnie zagęszczać, mimo że do koncertów było jeszcze jakieś 2 godziny. W tym miejscu Darkowi Kalińskiemu (również muzykowi) należą się specjalne podziękowania za to, że postanowił zawieźć nas swoją czarną panterą do ośrodka PAN, oddalonego o ładnych paręnaście kilometrów od GCK, w którym mieliśmy nocować...

Szanowna Pani i jej insekty


Tam mogliśmy w końcu złożyć nasze bagaże. Wszystko to było jednak zakłócane przez kierowniczkę ośrodka, która przez marne gesty życzliwości starała się ukryć, że w zasadzie nie jesteśmy tu zbyt mile widziani. No cóż, jej prawo. Jednak jako przedstawiciel "nauki polskiej" wstydzę się, że trafiłem na takie indywiduum. To wszystko odbywało się przy wtórze nieustających żądań o dane, nazwiska, kontakty, informacje i telefony... Niestety moje nazwisko było na wszelkich "papierach rezerwacyjnych", więc w końcu powstrzymałem się od propozycji podania jej moich wymiarów... No co, w końcu przecież chciała wszystko wiedzieć. Pokoje były przeciętne, czteroosobowe. Pająki średnio agresywne. Po pierwszym ataku dały sobie spokój widząc, że to nie przelewki i ulokowały się w łazience, żeby nas chociaż popodglądać. W końcu umknąłem i nie podałem kierowniczce żadnych danych. A co!, niech rozpacza... ;)

Przybycie II remake


Napięcie rosło dalej. Zaciekawione spojrzenia rzucane "wielkim", Kojarzenie, kto jest kto... To powodowało stały napływ adrenalinki. W końcu samochodem podjechali CI DWAJ - remote.spaces. Po pierwszej, typowej u nas, kłótni z jednym z muzyków, ustaliliśmy z organizatorami szczegóły i zaczęliśmy się wypakowywać. Do rozpoczęcia koncertów pozostało bardzo mało czasu, więc druga część ekipy, jeszcze względnie nieprzytomna, udała się na salę. No i tu wypadałoby zacząć w końcu recenzję z koncertu. Na początek "mocne uderzenie": Wiktor Kuna.

Pitu, pitu?


Hmmm... Widać było, że się stara. Chciał wszystkich zaskoczyć, może trochę olśnić, ale najwyraźniej jest jeszcze na to za młody. Z informacji, które uzyskałem, wynikało, że przygotowywał wszystko w ciągu 3 miesięcy od dnia, w którym dostał w prezencie pierwszy keyboard... ;) I to było widać. O jego występie nie da się napisać nic pozytywnego, poza tym, że budzi on nadzieje na przyszłość ;) Jego występ, jak wynikło z rozmowy z dyrektorem artystycznym, miał trwać 20 minut, a nie godzinę. Gdyby tak było, być może ludzie nie wychodziliby zniesmaczeni z sali, a tu taka plama...

Rozpoczęcie(?)


Drugi był Bookovsky... Tu wyraźnie uwidoczniła się przepaść między tymi dwoma wykonawcami. Zaprezentował nam soczysty materiał z płyt "Analogy" i "Book Of Sky". Ludzie zaczęli wracać na sali, żeby lepiej wysłuchać tego ewenementu. "Rozhuśtał" całą widownię (co oczywiście nie znaczy, ze były tańce ;)) do tego stopnia, że nie chcieli wypuścić go ze sceny. Z jednej strony skromnie wizualnie, a z drugiej strony muzyka zapierająca czasami dech w piersiach. No cóż, Bookovsky... Na koniec warto by było wspomnieć o bisie, którego nawet osoby zupełnie nieprzepadające za el-muzą wysłuchały z niekłamaną przyjemnością. GeigerBOX! Moja towarzyszka wyraziła nawet żal, że nie ma jeszcze tej płyty w sprzedaży. To nie była odosobniona opinia.... Michale, czas na wydawnictwo! Uwieńczeniem dnia był zespół Klandestein.

Seppuku!


Zagrali z ponad godzinnym opóźnieniem. Przyznam, że trochę zawiodłem swoje oczekiwania. Jest to zespół składający się z basisty, klawiszowca i pani, która w języku (tak twierdzili) japońskim "wymrukiwała" haiku. Nie można było nic zarzucić ich muzyce, perfekcyjna do granic, ale trochę za spokojna... Widocznie byłem jeszcze wciąż zmęczony, ale miałem wrażenie, że zaprezentowali, z przerwami, jeden utwór. W każdym razie zmieniały się teksty (podobno), a podkład pozostawał ten sam. Jednogodzinny utwór to nie było jednak to. Odpływałem co chwilę w niebyt, aby oprzytomnieć mniej więcej pod koniec ;) Bardzo przyjemny ambient, ale w zbyt dużej, monotonnej dawce. Wszystko zakończyło się bardzo późno. Dopiero gdzieś koło północy mogliśmy w końcu odsapnąć w miejscu spoczynku. Oczywiście okazało się, że będziemy nocować w 8 osób w pokoju 4-osobowym, ale czego się nie robi dla fanów ;)))

Czarownice na gitarach


Kolejny dzień rozpoczął się dość późno z powodu wieczornego świętowania (chyba przyjazdu, bo czegóż by innego ;))). Postanowiliśmy przenieść się na miejsce imprezy. Każdy na swój sposób. Długie rozmowy z przedstawicielami mediów, przekazywanie płyt promocyjnych to było to, co zajęło mój czas aż do występów. Tutaj miłe zaskoczenie. Andrzej Woszczyński. Nie boję się dodać - wirtuoz gitary (choć kiksów też trafiło mu się chyba parę ;) Pokazał, jak można grać na gitarze "szkołę berlińską" ;)))) Bardzo mroczne riffy, dużo żonglerki przy przetwarzaniu dźwięku na żywo. Udało mu się mnie ruszyć. Na koniec mała niespodzianka. Ostatni utwór było słychać, słychać, słychać, a nagle, prosto z sali podniósł się sam wykonawca i wszedł na scenę. Prosty trick, który zaskoczył chyba wszystkich. Ja osobiście nawet nie zauważyłem, kiedy światło zostało zgaszone, żeby muzyk mógł się przemieścić. Zaprezentował on utwory ze swojej autorskiej płyty "GSM-Baby". Hendrix w Polsce? Hmmmm.... ;) O następnym wykonawcy nie powinienem w zasadzie pisać, bo moje komentarze mogą być nieobiektywne... No ale...

remote.from.spaces


Tym razem wszystko odbyło się bardzo skromnie i wyraźnie wyszło to na dobre występowi. Jednym z kawałków był "Arpematik", ale był też i "Kosmolot", i parę innych rzeczy. Wykonawcy zaprezentowali w większości najnowszy materiał. Wszystkie kawałki były w specjalnych, koncertowych wersjach. Wszystko ze smaczkiem połączone w jedną całość, delikatnie, czasem ponuro snuło się między widzami. Przede wszystkim nie nużyło. Nastroju dopełniały 2 rzeczy: delikatnie zmieniające się światła w tle i instrumenty muzyków. Tym razem postanowili usiąść tyłem do widowni, w kucki, żeby pokazać, co robią, wciągnąć widzów w sam proces tworzenia, zafascynować migającymi lampkami. Na scenę weszli, jak muzyka grała już od kilkudziesięciu sekund i płynnie włączyli się w swoją część roboty. Przyszły mi tu na myśl wczesne koncerty Schulze'a... No cóż, w tym coś jest.

GSM-mixing?


Jak zwykle pojawiły się "drobne problemy", na które nikt w zasadzie, oprócz pierwszego rzędu, nie zwrócił uwagi. Muzykowi włączyła się komórka i zaczęła nagle wygrywać melodyjkę. Nie stracił jednak rezonu udając, że to nie jego. Na koniec poszedł bis, bardziej lekki - "Lato w Mieście", aby rozruszać słuchaczy. Taki przyjemny, chłodny prysznic. Podsumowując: były problemy z kablami i burczenie rozlegające się z jednego z instrumentów mogło popsuć wszystko, poszło jednak nadzwyczaj dobrze.

Spotkanie na szczycie


Trochę później mieliśmy okazję zamienić parę zdań z samym Jerzym Kordowiczem z PR.III (kto nie zna, niech naprawi błąd!), który oznajmił nam, że jest pod wrażeniem... Rozmowa przeciągnęła się, a jej skutki będziecie mogli usłyszeć za jakiś czas w radiu. Red. Kordowicz okazał się, wbrew opiniom, szalenie sympatycznym i dowcipnym człowiekiem, choć bardzo małej postury i ufoludkowego wyglądu, ale, jak pewnie wiecie, wielkiego głosu ;) Trzeba powiedzieć, że starał się jak mógł i czasami wyraźnie było czuć zwiększające się napięcie podczas przerw, gdy starał się wymyślić coś jeszcze ciekawszego niż wcześniej powiedział ;) Potrafi porwać słuchacza, mimo że czasem jego komentarze są co najmniej zastanawiające....

Jelenie na rykowisku?


Następny w kolejce był znany wam już zapewne Konrad Kucz. Co?? Nie znany?? A Futro słyszeli? No, to właśnie jego robota. Jeżeli rzeczywiście chcecie posłuchać kawałka dobrego ambientu, w te pędy do mnie, a ja skontaktuję się z nim i będziecie mogli nabyć parę płyt (koniec rekamy). Zaprezentował kolejną część swojego materiału "Bezkresne Łąki" w wersji DUB. Bardzo plastyczny i mleczny, wprawił mnie w miły nastrój, bo mimo tego, że utwory zlały się w jedną całość, to nie można się było nudzić. Słuchałem już tej muzyki wielokrotnie na żywo, ale za każdym razem pojawia się w niej coś ciekawego. Dlaczego tak przewrotny tytuł? Z powodu sampla, którego KK używa dość często ;))) W każdym razie widzowie bawili się razem z wykonawcą i na końcu nie pozwolili mu zejść ze sceny (tradycja? piękne imię ;) Tym razem na bis poszła melodia, która jest przygotowana do występów z "Futrem"... I tu właśnie pojawił się mały problem... Nie przepadam za tego typu muzyką, ale to, co przedstawił Konrad Kucz sprawiło, że kołysałem się i potupywałem delikatnie razem z widownią. Tiaaaa...

Tradycja tradycją...


Skoro już mówimy o tradycji, to warto byłoby wspomnieć, że za każdym razem gdy KK i RS grają razem, powstaje jam. Tym razem nie mogło być inaczej. To, co zaprezentowali nam muzycy, było na wskroś przesiąknięte eksperymentem. KK kręcił gałami, a RS ledwo nadążali ze zmianą brzmień w keyboardach. Wgniatało w krzesła (to był taki pierwszy raz), chodziły ciary i otwierały się wrota piekielne. "Szkoła berlińska", ambient, jazz, industrial... co to za różnica... Uważny słuchacz na pewno znalazłby elementy tego wszystkiego w tym, co wydobyło się z instrumentów. To wszystko przy nierozpraszającym oświetleniu, w półmroku. Wizyta w innej przestrzeni... Ze względu na moje osłuchanie z ich utworami nie miałem tej pełni szczęścia co w momencie, gdy odkrywam coś nowego, ale w obu przypadkach nie mogę nic zarzucić wykonawcom.

Zołądkówka raz!


Dzień zakończył się oczywiście wspólnym świętowaniem, chociaż my, zmęczeni, po części, postanowiliśmy udać się na spoczynek. Konrad Kucz, który po przyswojeniu "leczniczych syropów" zawsze dostaje "ciętego humoru", nie zawiódł nas też tym razem. Jego popisy wokalne zapadną mi w pamięci na długo (ale Ciiii... nie mówcie nikomu, bo to tajemnica). Tu wypływa na wierzch, jak (w większości) muzycy grający elektronikę i pokrewne są otwarci na fanów i wszelkie dyskusje. Nie zdarza się to często w przypadku innych gatunków. Nawet ambientu... I tak rozpoczął się kolejny dzień.

Co Je? To se gro!


Martin Wasko i Pavol Pilip. Przyznam, że choć nie zaskoczyło mnie to, co zaprezentowali obaj panowie, nie było to takie najgorsze. Pan Wasko grał bardzo klasycznie (klasycystycznie?). Nie było to złe, ale w związku z tym, że się spóźniłem, to nie chcę wyrażać swoich komentarzy. Następnie na scenę wszedł DJ Pavol i rozbawił publiczność do tego stopnia, że nawet ja, stary, w ostatniej chwili zostałem powstrzymany przez moją dziewczynę przed wyskoczeniem na scenę w celu wycięcia paru hołubców. Wybaczcie, w dyskotece zawsze tak reaguję... Pane Pavol, to ne ten toperek!

Gdzie jest NTSC!!!


Hmmm.... PalSecam. O nich nie napiszę dużo, bo słuchanie tego typu produkcji nie sprawia mi już prawdziwej przyjemności. Za bardzo cały występ przypominał mi oglądanie dema. Grali z laptopów (!!!) i prezentowali w tle bardzo przyjemną animację, wszystko zgrane i dopasowane, typowy industrial. Dobry występ, ale ja osobiście za bardzo się tym już przesyciłem. Co jednak może zainteresować paru Czytelników - członkowie grupy sprawiali nawet wrażenie byłych scenowców.

ZZ-TOP?


Mogę powiedzieć, że mimo, że nie przepadam za muzyką pana Lasonia, jakoś zaciekawiła mnie jego postawa. Tym razem zaprezentował perfomance jakiego jeszcze u niego nie widziałem. Wprawdzie w pewnym momencie muzyka stała się dla mnie uciążliwa i postanowiłem wyłączyć wiertarki huczące w moim uchu, czyli przenieść się do poczekalni, ale opowiem wam o początku. Ruchy artysty sprawiały wrażenie bardzo wyważonych. Czasami przypominał mi robota, co dodawało trochę nierealności całej scenerii. Zaczął dziwnie. Instrumenty grały, człowieka nie było widać (byłem na balkonie). Dopiero po dłuższej chwili zobaczyłem, że klęczał przed nimi. Nieco tanecznym krokiem, przez jakieś 10 minut przemieszczał się "stylem motyla walczącego z kobrą" do stanowiska katowskiego (czyt. klawiatur). Teraz zaczęła się jazda jakby nawet piekielna. Przejechał mi wielokrotnie po uszach i trzeba powiedzieć, że mimo mojego wrogiego nastawienia występ ten zrobił na mnie jakieś wrażenie. Poza tym jego lennonki są kultowe, a czarno-biali (kolorystycznie) ludzie w goglach spawalniczych są rzadkością ;)))) Był dobry, ale dalej nie przepadam za jego muzyką.

Dżob for a litle karma


Podsumowanie imprezy. Zaprezentowali materiał, który ze względu na podkład filmowy wgniatał w siedzenie. Muzyka ostra, mroczna, mocno bijąca po uszach i oczach. W tle film w formie teledysku, z szybko zmieniającymi się sekwencjami, ze schizofrenią w stylu Geigera. Warto było. Po występie czułem się wymięty, wykręcony na lewą stronę, ale jednocześnie nachodziły mnie myśli na temat pędu świata, bezsensu wojen, dalekich podróży. To wszystko było w ich materiale. I trzeba przyznać, że było wyjątkowo spójne. Co do sekundy... Aż czasami szkoda, że nie pozostawili sobie możliwości improwizacji... Kawał profesjonalnej roboty. Na końcu oczywiście podziękowania, gratulacje, rozmowy z fanami.

Płonie ognisko w leeeesie!!!


Na końcu wszyscy wykonawcy zebrali się przy ognisku, żeby pożartować, porobić zdjęcia, porozmawiać o muzyce, skomentować swoje występy i wysłuchać optymistycznych zapowiedzi dyrektora GCK. No cóż, czy "Ambient 2003" będzie miał miejsce, nie jest wcale pewnikiem. Czas pokaże. Urocze widoki, duża dawka profesjonalnych występów i dobrej muzyki, przesympatyczni ludzie. Czego chcieć więcej?

Do domu marsz!


W każdym razie było warto. Powrót do domu był jeszcze bardziej ciekawy. Pani w okienku kasowym po słowie faktura wyraźnie zbladła. Prawie pół godziny zajęło jej znalezienie druków, pieczątek, wypisanie wszystkiego. Była bardzo roztrzęsiona... Pewnie od teraz wieczorami będą krążyć wsród tamtych kasjerek PKP legendy o "gościach z piekieł" żądających rzeczy niemożliwych. Okazało się również, że wszyscy pielgrzymi postanowili wracać właśnie w niedzielę i tym samym pociągiem co my, bo był to jedyny bezpośredni. Nie zauważyli podstawionych "żółtków" (a może je zignorowali), które małymi skokami miały ich rozwieźć po terenie całego kraju. No racja, kto by się chciał 10 razy przesiadać... Zmięci, spoceni, prawie opluci, walcząc o miejsce z uzbrojonymi w chorągiewki staruszkami, dowlekliśmy się do Szczecina. Watahy osób narodowości cygańskiej, rezerwistów i pospolitych mętów mieszały się z barwną ciżbą ludzi w korytarzach. Poczułem się jak w przedwojennym tramwaju, gdzie starowinki z tobołami z mlekiem i kiełbasą przepychały się, żeby zająć najlepsze miejsce i postawić bagaż na nogach współpasażera... Ale skąd ja to mogę wiedzieć albo pamiętać ;)... Ale Ambient pamiętam....

...śpijcie już...


W ramach suplementu do mojego "króciaka" polecam odwiedziny oficjalnych stron duetu Palsecam, tercetu Klandestein czy duetu remote.spaces.

strona PalSecamu:
http://terra.pl/palsecam/

ftp z mptrójkami i avikami:
ftp://ftp.klosz.art.pl/scene/distro/palsecam

strona Klandestein:
http://strony.wp.pl/wp/klandestein/

strona remote.spaces:
http://remotespaces.neo.pl/

Członkiem ostatniego z zespołów jest
zapewne znany wszystkim amigowcom VanGhorne.

Jeżeli będziecie potrzebowali jakichś informacji dotyczących wymienionych powyżej wykonawców, bądź będziecie chcieli, abym rozwinął trochę temat, dajcie znać ;)

ps. zdjęcia autora.




Maciej "Juma" Gozdek

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Autor: juma
(2008-07-13 20:42:01)

ip: 62.69.207.29
e-mail: admin@remotespaces.neo.pl
www: http://remotespaces.neo.pl

Zapewne . To w sumie był jego pierwszy, poważny raz, więc moim zdaniem zjadła go trema. Poza tym to są moje zdecydowanie "prywatne" opinie ... Nie ma to jak wskrzeszać zmarłych, dwa lata, ech :D


Autor: Verna
(2006-07-15 15:53:46)

ip: 83.14.42.186
e-mail: Iziurek.HP@poczta.fm

Świetnie piszesz, jeśli chodzi o to...
Doczepie sie jedynie do jednego... Wiktor Kuna - nie zgadzam się mimo że to było dawno jak ty go słyszałeś... Teraz to jest istny geniusz... Super gra... Może i nie jestem doswiadczona jesli o to chodzi ale nawet ja umiem to rozpoznać



[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
  Katatonia - Night Is Th...
  Katatonia - Night Is Th...
Kino 'Picture'
  Kino 'Picture'

"...Pete Trewavas poradził sobie bez swojego stałego partnera Iana Mosleya całkiem nieźle i wraz z Chrisem Maitlandem tworzy sprawną sekcję. Maitland gra mniej technicznie od swojego następcy w Porcupine Tree, Gavina Harrisona, jednak rytmy przez niego wygrywane stanowią dobrą bazę dla pozostałych instrumentów. John Beck ze swoimi klawiszowymi pasażami pełni raczej funkcję uzupełniającą dla gitary Mitchella, udało mu się jednak zagrać parę efektownych solówek. Generalnie żaden z muzyków nie wchodzi drugiemu w drogę, wszystkim zależy na stworzeniu odpowiedniego nastroju...."
Czytaj więcej

  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Tiamat "A Deeper Kind o...
  Losy Zapomnianych: Andr...
  Roger Waters (Berlin, K...
  Espido Freire "Zmrożone...
  Antimatter "Unreleased ...
  Ludwik Stomma "Nalewka ...
  Camel "A Nod and the Wi...
  Camel "A Nod and the Wi...
  Na co komu słowa?
  Ukulturalnianie przez f...
  Threshold "Dead Reckoni...
  Archiwum mrocznych dźwi...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff