Powiem tak - dla mnie słowa w utworach rockowych mogłyby nie istnieć. Po
pierwsze - nie ma co ukrywać, że kiedy porównuje się większość tekstów
piosenek z dobrym współczesnym wierszem, ogarnia człowieka żenada. Po
drugie - słowa bardzo często pisze się po to jeno, by dobrze pasowały do
melodii. I po trzecie - słowa dorabia się do muzyki, bo gdyby ich nie
było, prawie nikt by tych utworów nie słuchał.
PO PIERWSZE
Zakrzykniecie teraz: a po jaką cholerę porównujesz z wierszem, egzemo
jedna? A bo i od tekstu piosenki, i od wiersza oczekuję właściwie tego
samego - mają po prostu mówić o rzeczywistości w oryginalny, językowo
odkrywczy sposób.
Esteta się, kurwa, znalazł, nie?
Nie, bo posłuchajcie takich oto fraz: "wszyscy święci balują w niebie,
złoty sypie się kurz" albo: "orła cień do góry wzbił się niczym wiatr". W
tych linijkach nie ma nic niepowtarzalnego, oryginalnego, świeżego. To po
prostu sztampa. Przeciętny sześciolatek mógłby trzaskać tego typu
konstrukcje od ręki i od metra. Wolę wiersz, bo nie zadowalają mnie
namiastki cytowane powyżej, i na czytanie ich zwyczajnie szkoda mi czasu,
tym bardziej, ze jest tyle ciekawszych lektur.
Większość jednak upiera się, że porządny tekst rockowy wcale nie musi być
równie dobry jak wiersz, podobnie jak dobry wiersz nie musi wcale nadawać
się na tekst piosenki. No niby tak. Ale zależy, co rozumiemy przez dobry
tekst piosenki. Jeśli dobry to taki, który mówi prostacko o prostych
rzeczach, rymuje się i epatuje taniochą wyobraźni autora, to ja wysiadam.
Przykłady z akapitu wyżej to dla mnie grafomania i tyle. Nie
usprawiedliwia ich fakt, że powstały z myślą o muzyce, bo kto niby
powiedział, że tekst musi się trzymać rękawa muzyki? Czemu, do diaska,
tekściarstwo pozbawione muzyki ma być nagie i bezbronne? Dlaczego od razu
ma drżeć z jakiejś przyczyny, obnażać jakieś defekty? Hę?
Po prostu - tekst może być albo dobry, albo zły. A to, czy jest to
piosenka czy wiersz, nie ma żadnego znaczenia.
PO DRUGIE
Są tacy naiwni idealiści, którzy wierzą, że słowa powstają w mistycznym
transie pod wpływem muzyki, albo że muzykę robi się do słów. Według nich
jest to dowód, że, tfu!, "dzieło muzyczne, jakim jest piosenka, stanowi
całość i błędem jest rozpatrywanie jednego z jego składników w oderwaniu od
drugiego". A mówiąc prosto - jednego bez drugiego wyobrazić sobie nie
sposób, tak jak nie sposób wyobrazić sobie Leonida Breżniewa bez brwi, albo
bezrzęsej Violetty Villas.
Ale niestety to nie tak! Muzycy olewają tekst i klecą go na kolanie na
ostatnią chwilę. Pisząc zaś, myślą o tym, żeby dobrze brzmiał, a nie
cokolwiek znaczył. Jasne! Są wyjątki, nie mówię, że nie. Ale dobrych
rockowych tekściarzy można wymienić jednym tchem. I to nawet mając jedno
płuco.
Najczęściej też tekst ma tylko taki związek z muzyka, jaki sami mu
nadamy.
PO TRZECIE
Przykro to mówić, ale większość słuchaczy jest tak tępa, że w muzyce bez
słów zawsze im "czegoś brak". Z kolei kiedy dostaną już ten swój tekst,
nie istnieje dla nich nic poza nim. Wniosek prosty. I bolesny! Ludzie
tak naprawdę wcale nie słuchają muzyki, tylko słów. I nie ważne przy tym,
czy słowa te są dobre czy nie; bo każdy tekst, choćby nie wiem jak durny,
posiada magiczną moc eksterminacji muzyki. I zwabiania kupujących.
I mamy tego skutki. Dzisiejsze przeboje tłucze się taśmowo i na
odpierdol, bo i po co się starać? Gdyby tak wziąć parę współczesnych
hitów, wypatroszyć ze słów a linie melodyczne zastąpić wokalizami, cała
miernota tych kompozycji by wyszła. Ale czemu nikt tego nie słyszy, nikt
nie protestuje? A "bo jest fajny tekst". Zapytajcie fana takiego T.Love,
Budki Suflera czy Kazika, za co lubią te kapele. "Za tekst" - powiedzą.
Zauważcie, że często utwór nazywa się smutnym tylko dlatego, że ma smutny
tekst. Weźmy takie "Sacrifice" Eltona Johna, "Imagine" Lennona albo "High
Hopes" Flojdów. Muzycznie dwa pierwsze tytuły są raczej pogodne, "Hopes"
może mniej, bo więcej w nim zadumy i patosu, ale na pewno nie słychać tam
smutku. Teksty za to już jak najbardziej poważne. No i jak można
przewidzieć, utwory te w powszechnym mniemaniu uchodzą za smutne, bo każdy
ma muzykę w dupie.
Ile jest utworów instrumentalnych na listach przebojów? Prawda, bywa że
i instrumental chwyci ludzi za jajca. Ale rzadko. 'Rock It' Herbiego
Hancocka, 'Samba Pa Ti' Santany czy 'Lili Was Here' Dave'a Stewarta to
nieliczne wyjątki. Częściej się to zdarza, jeśli utwór wykorzystano w
filmie (vide np. 'Axel F.' Harolda Faltermayera czy 'Crocket's Theme" Jana
Hammera). Generalnie jednak pieśni bez słów na listach brak. A już tym
bardziej dziś.
IDOL
Zauważyliście, że kiedy przeprowadza się wywiad z zespołem, rozmawia się
tylko z wokalistą? Nikogo nie obchodzi autor muzyki, z autorem słów też
nikt nie ma ochoty gadać, bo niby o czym? Świata interesuje tylko śpiewak.
Nieważne, czy śpiewak miał jakikolwiek wpływ na dzieło; w powszechnym
mniemaniu to i tak on jest mistrzem, a reszta zespołu to jeno przygrywające
mu szarpidruty, których on łaskawie toleruje. No więc pyta się go o plany
zespołu, o nowe brzmienie, o kryzys paliwowy w Kambodży, plagę stonki
ziemniaczanej w Bukareszcie albo o nową odmianę boczniaka gębowego w
Mozambiku, a koledzy z zespołu słuchają w niemym proteście. Ale pewnego
dnia nie wytrzymują i zespół się rozpada. Dowody? Genesis. Na początku lat 70., kiedy śpiewał tam Gabriel, to właśnie on
uchodził za twórcę całego materiału. W wywiadach wielokrotnie powtarzał,
że muzyka Genesis to dzieło zespołowe i nikt nie jest ważniejszy od reszty,
ale czy ktoś go w ogóle słuchał? Kiedy opuścił grupę, wszyscy byli
przekonani, że oto koniec zespołu Petera Gabriela! A co się stało później?
Już w tym samym roku Genesis wydali nową płytę, i to chyba najlepszą w
swojej karierze. A potem następną. I następną. Z Marillion było
dokładnie tak samo.
CYTATA
A dlaczego tak uparcie domagam się od słów piosenek tak samo wysokiej
jakości jak od wierszy niech wytłumaczą dwa krótkie przykłady:
PRZYKŁAD 1
Oto do kroplówki słońca podłączona
śnieżnym prześcieradłem owinięta
na kość zmarznięta
Ziemia
pod mrozu narkozą
a jednak
operacja się uda
choć gawrony kraczą złowróżbnie
krążąc nad szkieletami sadów
i gwiazdy zamarzły w kałużach
trzeszcząc pod butami
choć zawiało szpitalnie
wszystkie drogi do nadziei
i śmiercią straszy
pobielały świat
PRZYKŁAD 2
Wieje wiatr
tam gdzie chce
chcesz czy nie
szum jego słyszysz
dotyka Cię
w najczulsze z miejsc
co w duszy gdzieś
ukryte są
Może to dziś
ten sam szum
przywiedzie Cię
do mej przystani
będziemy tak
tak prości
w miłości trwać
niezmiennie
Pierwszy cytat to wiersz Marcina Barana.
Drugi pochodzi z najnowszego albumu grupy Quidam - "Pod niebem czas".
Wnioski każdy wyciągnie sobie zapewne sam.
Dodam tylko może, że na koncercie, kiedy wokalistka Emilka Derkowska
śpiewać będzie, że "dotyka się w najczulsze z miejsc", sugerowałbym jej
dotknąć się wymownie w nos , podbródek albo stopę. Gdyby nie była taka
ładna i śpiewała np. rock chrześcijański, wszystko byłoby ok. Ale fani
neo-progrocka to jednak w większości zdrowi młodzi mężczyźni, którzy
słysząc, że dziewczę chce się dotknąć w "najczulsze ze swych miejsc",
natychmiast zaczynają lubieżnie asocjować. I
słusznie.
Nie ukrywam, że głos to dla mnie po prostu kolejny instrument. Jeśli
ktoś dobrze śpiewa, to niech za tekst służyły mu i książka telefoniczna,
albo rozkład jazdy pociągów, ja się nie obrażę. Ale grafomanii nie
toleruję. Nie mogę traktować poważnie kogoś, kto śpiewając na ckliwą nutę:
"Kiedy się stanę/plamą na ścianie/nie myśl o mnie źle" oczekuje, że
słuchacz się przejmie. Nie przejmie się. Może ewentualnie puścić purta ze
śmiechu. Wbrew intencjom autorki bowiem, owa plama, którą stanie się
podmiot liryczny, kojarzy się jeno z rozkwaszoną na ścianie muchą, a prośba
o to, by nie myśleć o niej źle, wywołuje niesmak.
Jednym słowem - tekstom śmierć! Albo inaczej - jak masz korzeń słaby,
nie bierz się do baby.
Niestety, JazzCat, często gęsto muszę się z Tobą zgodzić. Aczkolwiek - jak napisałeś - zdarzają się korzystne wyjątki. Ja na ten przykład wymienię tu Raya Aldera, śpiewającego choćby w Redemption (choć tam tekściarzem jest klawiszowiec, Nick van Dyk).
Pozdrawiam
Autor: Tinnka
(2008-03-26 18:43:01)
ip: 89.174.53.1
e-mail: justemptyspace@tlen.pl
Jestem odmiennego zdania. Zgadzam się, większość ludzi albo nie słucha tekstu albo, gdy muzyka im się podoba nie zwracają na niego uwagi. Kiedy jednak słucham już lubianej przeze mnie melodii wsłuchuję się w tekst i napewno lepiej się czuję, kiedy wiem co on oznacza i o czym, w przekonaniu autora, miał mówić. Piosenki o słabym, według mnie, tekście nadają się, jeżeli mają dobrą melodię, do przetańczenia na dyskotece, ale do słuchania w domu, w zadumie, do przemyślenia, napewno nie.
Nawiązując do Genesis: uważasz, że ich płyty bez Gabriela była lepsze od poprzednich? Inni muzycy w zespole jednak chyba podporządkowywali się do wokalisty skoro ich teksty po odejściu Petera były gorsze, a muzyka bardziej popowa niż rockowa. I z tego co wiem, zespół nie rozpadł się przez nieporozumienia muzyków. Co do wywiadów... Wokalista przecież ma za zadanie reprezentować cały zespół, mówić o jego pracy i również o innych członkach zespołu. Zazwyczaj wie też co ma mówić o tekście i muzyce nawet jeśli sam ich nie stworzył. Oczywiście utwory bez tekstu też są dobre, ale wtedy każdy może po swojemu odbierać muzykę, wyobrażać sobie to co chciał przekazać autor. A minusem jest to, że jeśli autorem jest wokalista to nie mamy z nim bezpośredniego kontaktu.
Autor: maxx
(2005-01-21 14:49:58)
ip: 217.30.152.75
e-mail: maxxxius@interia.pl
Dawno nie czytałam tak konkretnego tekstu. Dla mnie muzyka i tekst w konkretnym utworze stanowią jedność, ale też myślę, że muzyka zdecydowanie sama może się obronić, tekst - niebardzo.
"...Wyraźnie czuć brak pomysłów. W dodatku ten twardy akcent śpiewaka i charakterystyczne dla Niemców wymawianie spółgłosek szczelinowych......"
Czytaj więcej