Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron




Rozmowy z aniołem

Krzysztofa Wierzchosławskiego poznałem w ciekawych okolicznościach. Pewnej nocy mój kolega Jakub Wierzchosławski opowiedział mi o swoim wuju, który miał serię dziwnych snów o Bogu, śmieci i aniołach. W trakcie jednego z nich, jakaś postać powiedziała mu, że napisze książkę, która kiedyś stanie się sławna. Wkrótce potem dopadła go nieoczekiwana inspiracja - budził się, siadał do pisania i w krótkim czasie napisał książkę, która go samego zaskoczyła. Od razu zapragnąłem go poznać. Przez ponad rok nie było to możliwe - dzieliła nas spora odległość, nie składało się jakoś, a i z czasem moja chęć słabła. Udało mi się to dopiero w grudniu zeszłego roku.


    Wpadłem na pomysł, że Krzysztof i jego historia to doskonały materiał na reportaż radiowy. Opowiedziałem o tym mojemu koledze z Radia Zachód - Łukaszowi Łuczkiewiczowi i... dwa tygodnie później byliśmy już w Gorzycach, małej wsi pod Bydgoszczą, uzbrojeni w mikrofon, ogromną ciekawość i przeczucie czegoś niesamowitego. Reportaż poleciał w radiu na początku stycznia. Zainteresowani genezą tej historii mogą go sobie pobrać stąd , a póki co zapraszam do lektury fragmentu książki o roboczym tytule "Rozmowy z aniołem". Czekamy na wszelkie uwagi.

***


    Mam na imię Piotr.
    Właśnie wracam z pracy, idę szeroką dębową aleją miejskiego parku. Jest koło dwunastej w nocy, za dębami roztacza się ślicznie ukształtowany skwer. Lampy znakomicie podkreślają urok tego miejsca. Kwiaty porozrzucane kępami między sztucznie utworzonymi pagórkami okalają przepiękną fontannę, która .szumi prawie jak wodospad. Miejsce to, starannie zadbane, urzeka harmonią, czystością i spokojem.
    Dzisiaj pracowałem dłużej; chciałem skończyć robotę i skasować klienta za schody, które zrobiłem. Niestety, pieniędzy nie dostałem, mają być jutro. Trochę tym przygnębiony i mocno zmęczony wracam do domu. Zbliżam się do skrzyżowania z ulicą Wilczą, kątem oka podziwiając to urokliwe miejsce, gdy nagle na skwer z olbrzymia prędkością wpada brązowy merc. Nie zdążyłem zareagować, gdy podskakujący na krawężniku kolos runął na mnie!
    Wycie karetki na moment przywróciło mi przytomność. Chciałem coś powiedzieć. Otworzyłem oczy i ujrzałem lekarza pochylonego nad moją piersią.
    - Co się staaało... - Spytałem z trudem. - Gdzie ja jessstem?
    - Proszę się nie ruszać. Miał pan wypadek, jedziemy do szpitala. Spojrzałem na niego przerażony. Właśnie uzmysłowiłem sobie, że nie czuję ciała, a jedynie ciepło. Dziwne ciepło! Wytrzeszczyłem oczy, błagalnie prosząc o pomoc.
    - Niech się pan uspokoi, wszystko będzie dobrze - powiedział, widząc mój strach. W jego oczach zobaczyłem jednak coś jakby zdziwienie. Było prawie niezauważalne, jednak wyraźnie to odczułem. Czyżby było ze mną aż tak kiepsko?
    - Miał pan wypadek - powiedział, po czym szybko dodał: - Kierowca mercedesa prawdopodobnie miał zawał. Ale pan z tego wyjdzie.
    W tym momencie poczułem, że zalewa mnie ciepło. Zrobiło się absolutnie ciemno i cicho. Nerwowo próbowałem zebrać myśli. Jestem, ale nic nie czuję, nic nie słyszę, nic nie widzę! Ale przecież myślę! Co się dzieje? Czy ja umieram? Przecież myślę logicznie. Ale... Poczułem, jak moja niepewność zamienia się w spokój, ale to nie ja jestem tego przyczyną. Bardzo mnie to zaskoczyło, jednak dalej rozważałem swoją sytuację. Gdzie ja jestem? Co się ze mną dzieje?
    Przecież jestem w karetce, myślałem, w karetce! Ale nic nie czuję. Żadnego dźwięku, ciemność, nie czuję nawet swojego tętna. Boże... Jak tu znaleźć jakiś punkt zaczepienia ze światem? Kogokolwiek, cokolwiek!
    Przecież leżę teraz a karetce. Leżę? Zabrzmiało to dziwnie, abstrakcyjnie. Nie wydaje mi się, żebym w tej chwili leżał. Ani siedział. Ani stał. Mój Boże! A może to normalne, może tak właśnie czuje się człowiek nieprzytomny? Tak, na pewno tak. Leżę nieprzytomny w karetce i tyle.
    Do cholery! Jestem przytomny; przecież myślę. Myślę, więc jestem. Kiedyś zdarzyło mi się stracić przytomność, ale wtedy nie zdawałem sobie z niczego sprawy, po prostu nie było mnie. A teraz... Żadnych emocji, słowa są jakby bez treści. A więc nie tylko nie czuję fizycznie, ale i emocjonalnie?
    Chwilę, chwilę, chwilę. Wyhamujmy. Zaraz, zaraz, może ja w takim razie umarłem? Szczęście, że o tym pomyślałem, bo myśl ta wywołała falę, ba!, huragan emocjo. Znaczy to, że jednak żyję, skoro wciąż mam chęć walczyć o swoje życie. Ale z kim? Z kim? Podstawowa odpowiedź ciągle nie nadchodziła. Poczułem się tym wszystkim zmęczony, pragnąłem już nie myśleć, ale mojej świadomości nie dało się wyłączyć. Zrozumiałem, że będąc w tej głuchej ciemności sam, tylko sam, nie mogę nie myśleć. Teraz dopiero poczułem strach. Niewymowny, niewyrażalny ogromny strach. Jestem absolutnie sam.
    W tym samym momencie odniosłem wrażenie, jakbym został gdzieś pchnięty. Czuję teraz, jakbym się gdzieś zapadał. Albo wznosił? To jest przerażające. Co się za chwilę stanie? Gdzie spadnę, o co się rozbiję?... Cały aż się skuliłem, chciałem wyć, lecz i tego się bałem. Trwa to tak długo, że przekracza granicę wytrzymałości. Chyba za chwile pęknę, rozpadnę się na kawałki. Wciąż gdzieś lecę lecz nie czuję nawet owiewającego wiatru. Ta cisza, ta ciemność... Boże! Ta ohydna ciemność odbiera mi całkowicie świadomość rzeczywistości. Robię się mały niczym kropka w zeszycie.
    Boże, pomóż! Jeśli jesteś, to pomóż! W tym momencie przestraszyłem się Boga. Walka w myślach wciąż trwała. Czy to piekło? Rozglądam się pośpiesznie. Nie, tu nikogo nie ma, żywej duszy, tylko ciemność.
    Rozważania przerywa mi wrażenie, że coś się zaraz wydarzy. Przestrzeń staje się jakby coraz ciaśniejsza, wyraźnie czuję spowolnienie tempa, jakby... spokój? Wokół robi się jak gdyby przytulniej. O, a teraz jakbym stawał na pewnym gruncie. Myśli zaczynają znikać z sekundy na sekundę, w mojej świadomości następuje pustka. Mimo tego jednak jestem zdumiewająco spokojny.
    Obserwowałem jak znikam, jak wpadam w niebyt i chyba... zniknąłem? Jak długo trwał ten stan, nie mam pojęcia. Godzinę, pięć, może cały dzień? A może ułamek sekundy? Nagle usłyszałem głos mężczyzny:
    - Doktorze, proszę trzymać to żebro nad sercem
    - Siostro, nożyczki i zacisk do tętnicy. Boże, jak to krwawi. Panie Zbyszku, jak nasz pacjent? - Nadal nieprzytomny - padła krótka odpowiedź.
    - Trzymaj się, chłopie! - powiedział pierwszy głos.
    - Od której jest w tym stanie? - Już w karetce stracił kontakt. Próbowałem zebrać myśli, ale ciężko szło. Co to jest? Szpital, ludzie... Tak! Z całych sił zapragnąłem to zobaczyć. Tę całą scenę.
    Sala operacyjna, trzech lekarz. cztery pielęgniarki i jeszcze ktoś. Rozmawiają, ale jestem tal przejęty, że nie słucha. Zdziwiony i wielce ucieszony pochłaniam tę jasność, te postaci, te przedmioty. Nie jestem sam! Chciałbym podbiec, objąć ich. Odczuwam wielką ulgę. W pewnym momencie dotarło do mnie raz jeszcze, gdzie się znajduję i co się ze mną dzieję. To ja jestem operowany, widzę przecież swoją twarz! Zastygam w zdumieniu. Widzieć siebie martwo leżącego? To nie mieściło się w mojej głowie! Ten obraz był niesamowity. Byłem rozcięty jak... I te wnętrzności, okropny widok! Jak można to poskładać? Dziwne, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia. Wciąż czegoś nie rozumiałem. Ja tu i ja tam? Co się stało? Rozdwoiłem się? Jak to możliwe?
    - Możliwe - usłyszałem. Spojrzałem szybko w bok. Zobaczyłem człowieka. Zrobił na mnie miłe wrażenie, a jego widok podziałał na mnie uspokajająco. Stał obok mnie, patrząc na stół operacyjny.
    - Nie tylko możliwe - powiedział. - Tak właśnie jest. Stałem zapatrzony w niego, czując, że nie muszę o nic pytać. Nie byłem zdziwiony ani jego obecnością, ani tym, co mówił. To wszystko wydawało mi się takie oczywiste. Chciałem nawet powiedzieć: "panie doktorze", ale przecież to nie był doktor. On jakby się domyślił, odwrócił twarz i spojrzał na mnie. Takiego spojrzenia jeszcze nie widziałem. Emanował z niego taki serdeczny spokój! Uśmiechnął się i mówił dalej:
    - Mój drogi, jestem tu z tobą i dla ciebie. Wyjaśnię ci wszystko, żebyś zrozumiał, że nie jesteś sam na tym świecie.
    Odwróciłem twarz w stronę ludzi, czując ogromną ulgę i spokój. Musiałem chwilę odpocząć, wypuścić z siebie resztki napięcia. Spojrzałem na swoje ciało. W jednym momencie zrozumiałem, że jestem sercem; istota tego ciała. Zadumałem się, zapatrzony, jak lekarze i pielęgniarki szybko i ze skupieniem uwijają się koło niego. W pewnym sensie nie rozumiałem, po co? Ono jest mi obojętne, przecież jestem tu! I przecież jest martwe.
    - Ono nie jest martwe - usłyszałem w odpowiedzi, jednak tego mężczyzny już nie było.
    Nie zdziwiłem się. Była rzecz ciekawsza i bardziej istotna - zagadka mnie samego. Gdy tak patrzyłem na operację, wciąż się zastanawiałem, dlaczego oni tak się starają? Ja jestem tu! I jest mi dobrze, lekko, nie czuję się ani chory, ani obolały. Odczuwam coś na kształt stanu nieważkości i pełną swobodę ruchów. Tak! Wreszcie. Mogę się poruszać! W tym samym momencie zapragnąłem stanąć przy drzwiach, otworzyć je i wyjść. Wyjść! Nie mając pojęcia, jak to się stało, wielce zdziwiony, stanąłem nagle twarzą do drzwi, ale na zewnątrz sali! Byłem zupełnie zdezorientowany. Tak, nie raz słyszałem: "gdy umiera człowiek, to dusza idzie...". Tak, dusza. A więc jestem duszą. Zaraz... Jak to jest? Ciało materialne to tylko dodatek? Dusza i ciało do pewnego momentu stanowią całość, później się rozdzielają, ale ja jestem nieśmiertelny. Lecz jestem! W Kościele nazwaliby mnie duszą zmarłego. Boże, skąd oni to wiedzą? Przecież nikt chyba mnie nie widzi? Jasne że nie. Oni muszą w to po prostu wierzyć. Niepojęte, jak można wierzyć, nie widząc, nie doświadczają tego co ja.
    Boże, Boże!
    Ogarnął mnie strach, lecz nie wiedziałem jeszcze, dlaczego.
    - Przyjacielu! Skupiłem się, stojąc wciąż twarzą do drzwi, zasłuchany w ten głos. Co mi powie, jaki będzie wyrok?
    - Wyrok? - spytał.
    - Czy ty wiesz, co ja myślę? - Odwróciłem się zaskoczony.
    - Tak, ale nie bój się - powiedział. - Nic ci z mojej strony nie grozi, jestem ci oddany i życzliwy. Jesteś wolny, myśl, co chcesz, a tak się stanie. Ja jestem tu po to, żeby ci pomagać. Jeśli mnie potrzebujesz, powiedz, a będę z tobą. Jeśli nie, zniknę.
    - Czy jesteś Bogiem?
    - Jestem istotą podobną do ciebie. Oczywiście nie mam takiego ciała, jakie nosisz na Ziemi. W Kościele nazywają mnie aniołem, inni nazwą mnie twoim Opiekunem, Przewodnikiem. Ale to tylko nazwy, słowa. Dobry Bóg zaproponował mi, żebym się tobą opiekował i pomagał ci, a ja to robię z radością.
    - Jak to?
    - Zrozumiesz to później, w swoim czasie.
    - Czemu nie teraz?
    - Dlatego, że nie jesteś w stanie tego przyjąć.
    - Nie rozumiem.
    - Chodzisz po górach, a chcesz nauczyć się pływać.
    - Tak, chcę.
    - Najpierw zejdź z gór i dojdź do wody.
    - Ale posłuchaj mnie. Gdybym opowiedział komuś na ziemi o tym, co teraz tu przeżywam i widzę, uznaliby mnie za wariata. Ja sam wciąż nie wiem, co o tym myśleć. Świat aniołów i ludzi? Przecież to abstrakcja. Ja mam w to uwierzyć!
    - Nie ma znaczenia, czy uwierzysz, czy nie. Fakty pozostaną faktami, bez względu na twoją postawę. Jeśli chcesz, pomogę ci, abyś mógł w to uwierzyć. Musimy jednak zacząć od początku. Zaufaj mi. Wiem, co robię.
    Pomyślałem, że nie mam innego wyjścia. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, ani co się dzieje. Skąd mam wiedzieć, co robić?
    Więcej nie pytałem, przecież stałem obok mojego Opiekuna. Poczułem dzielącą nas przepaść. Sprawiło mi to wielki ból. Czułem, co to oznacza.
    - Opiekunie...
    - Słucham.
    - Prowadź - powiedziałem. - Ale daj mi jeszcze chwilę.
    Musiałem się zastanowić, zebrać myśli, przygotować. Coś we mnie nie chciało tak łatwo na to pozwolić, sytuacja przerastała moje możliwości pojmowania. Ale powoli, powoli... Najpierw muszę odnaleźć siebie, zobaczyć, na czym stoję, co jest grane? Przecież nie mogę iść z kimś, nie wiadomo kim i nie wiadomo gdzie. A może to sen, przyszło mi nagle do głowy. To mnie trochę otrzeźwiło. Muszę się uszczypnąć, musze się obudzić. Obudź się, wstań, wołałem, ale bezskutecznie. Po krótkiej chwili byłem już prawie pewien, że to nie sen. Nie wiedziałem, co robić, gdzie się schronić? Do domu!
    I w tym momencie stanąłem we własnym pokoju. W domu było ciemno i cicho, ale ja wszystko dobrze widziałem. Żona i syn spali w łóżku. Uprzedziłem ją, że wrócę bardzo późno. Poczułem żal, że nie mogę jej teraz powiedzieć, co się ze mną stało. Ale od razu zrozumiałem, że nikt jej jeszcze nie powiadomił o wypadku. Zrobiło mi się jej żal. Co zrobi, kiedy się dowie?
    W tym momencie synek odwrócił się twarzą do mnie. To śliczne, cudowne maleństwo jest wspaniałe! Widok tej twarzyczki rozczulił mnie. Oboje tak beztrosko i spokojnie spali. Tak bardzo ich kocham.
    Poczułem, że jest tu ktoś jeszcze. Rzeczywiście, był to mój Opiekun. Staliśmy tak obaj, patrząc na moją śpiącą rodzinę. Po chwili odwróciłem się do niego i zapytałem z niepokojem::
    - Co ze mną będzie? Co mam robić?
    - Pójdziesz ze mną. Ale wiedz, że nie umarłeś. Żyjesz i powrócisz do ciała. Dalej będziesz żył. Obudzisz się i będziesz pamiętał wszystko, co ci się wydarzyło. Ale czy to będzie miało wpływa na twoje przyszłe życie? To już będzie zależeć od ciebie. I jeszcze jedna rzecz - zrozumiesz i zobaczysz tylko to, co będziesz chciał.
    - Nie rozumiem.
    - Jesteś wolny, to znaczy, że masz wolną wolę. Tam, dokąd pójdziemy, jest ona honorowana i nie ma od tego odstępstwa. Pamiętaj jednak, że jesteś tylko obserwatorem tej rzeczywistości, nie uczestnikiem. Tak więc nie będziesz brał w niczym udziału, ale zobaczysz i zrozumiesz to, co będziesz chciał. Do pewnego momentu.
    - Jakiego?
    - Zrozumiesz to w swoim czasie. W każdym razi nie wydarzy się nic wbrew twojej woli.
    To mnie całkiem uspokoiło. Chciałem odetchnąć, lecz okazało się to niepotrzebne. Poczułem, jak wracają mi siły. Wszelkie obawy i niepokój minęły bez śladu. Byłem wręcz radosny. Spojrzałem na mojego nowego przyjaciela. Oboje wiedzieliśmy, że jestem gotowy. Zerknąłem ponownie na ukochaną żonę i synka. Nie martwcie się, pomyślałem, jeszcze się zobaczymy.
    - Chodźmy, przyjacielu - powiedziałem. - Mogę tak do ciebie mówić?
    - Oczywiście.
    - Dokąd pójdziemy?
    - Zobaczymy się za chwilę.
    Gdzie ja jestem? Czuję się doskonale, ale gdzie jestem? Horyzont się rozjaśniał, przypominając łunę zachodzącego słońca. Poszerzał się, ogarniając coraz większy obszar, aż doszedł do mnie. Wreszcie objął całą przestrzeń. Stałem w podziwie, zauroczony pięknem i potęgą tego zjawiska. Czułem, jak ta poświata przenika mnie, przepełnia każdą komórkę i dodaje sił.
    Opiekun stanął obok, pozwalając mi rozkoszować się widokiem. Przestrzeń, która się przede mną roztaczała, zaczęła jakby ożywać. Coś w niej drżało, wyłaniały się nowe kolory. Zachwycony spojrzałem na mojego przyjaciela. Minę miał podobną do mnie, lecz wydawał się z tym zjawiskiem oswojony; nie był zaskoczony, tylko chyba po prostu szczęśliwy.
    Spojrzałem ponownie w dal. Przed oczami miałem obrazy utkane z samego światła o tęczowych barwach. Wszystko w niedosłowny sposób drgało, spokojnie, harmonijnie, olśniewając. Czułem jak napełniały mnie iskierki radości. Zobaczyłem tęczę - wielką i bajecznie kolorową. Szła do mnie! Drobne kropelki rosy, opadając, wytwarzały na przemian to purpurowy, to złoty, to niebieski kolor. Wszystkie zaczęły mnie otaczać, otulać. Wystawiłem ręce, chcąc ich dotknąć. Uniosłem rozradowaną twarz ku górze; chciałem iść do przodu i zanurzyć się w utkanych ze światła barwach. Spojrzałem na Opiekuna, chcąc go zaprosić do tej uczty szczęśliwości. Twarz miał uśmiechniętą. Wciąż pozwalał mi się cieszyć. Wiedziałem, że odczuwa to samo co ja.
    - Co to jest? - zapytałem.
    - Rzeczywistość.
    - Rzeczywistość? Czyja?
    - Nasza.
    - Twoja i moja?
    - Nie tylko. Jest nas tu wielu, chociaż teraz ich nie widzisz. Podszedłem do niego i patrząc mu w oczy zapytałem:
    - Czy to jest Niebo?
    - Ależ skąd. Jesteś tylko w drodze do niego. Przyjrzyj się dobrze, bo za chwilę pójdziesz dalej.
    Spojrzałem na niego z uśmiechem.
    - Jak będę chciał.
    - Oczywiście.
    Ale jednak ta odpowiedź mnie zaskoczyła i trochę zasmuciła. Zdałem sobie sprawę, że to ja sam ponoszę odpowiedzialność za to, co ma nastąpić. To ja sam pójdę. Nikt mnie nie będzie tam prowadził ani zmuszał. Opiekun tylko mi pomaga. Zrozumiałem, że pełnił on role nie tyle przewodnika, co tłumacza.
    Miałem przed sobą bezkresna dal pięknego niczym zorza polarna nieba. W duszy grała muzyka. To wszystko do mojej dyspozycji! Ja, zwykły mały człowiek i taki cud! Myśl ta zawładnęła mną całkowicie. Trudno to opisać słowami. Słowo "szczęście" to za mało, "rozkosz" tym bardziej. "Ekstaza"? Tak, chyba coś w tym stylu, ale ekstaza całkowicie przytomna, świadoma.
    - Przyjacielu - powiedział Opiekun.
    - Słucham.
    - Czas pójść dalej.
    - Ale tak tu pięknie, takie widoki. Żaden znany mi krajobraz nie może się z tym równać. Na Ziemi wszystko jest martwe, a tu wszystko żyje, zmienia się i nie kończy. Czemu mam stąd odejść? Czy gdzieś może być piękniej?
    - Zapewniam cię, że tak. Ale pamiętaj, że jesteś tu tylko obserwatorem. Czujesz szczęście, ale jesteś z nim sam.
    - Tak, jestem sam z tobą.
    - Powiedziałem ci wcześniej, że jest nas tu wielu. Tak więc pamiętaj i zrozum: czujesz to szczęście, ale nie korzystasz z niego, nie bierzesz w nim udziału.
    - Czyli muszę stąd odejść?
    - Nie, nie musisz. Tylko, jeśli sam tak zadecydujesz. Zostaniesz tu tak długo, jak Zechcesz, a potem wrócisz do żony i dziecka.
    Zbuntowałem się. A co to za stawianie sprawy?
    - O co ci chodzi? - zapytał w odpowiedzi na moje myśli Opiekun. - Masz to, czego chcesz. Przecież chcesz wrócić do rodziny.
    - Chcę - powiedziałem szybko. - Choć to, co tu jest, zatrzymuje mnie. Właściwie to ja chcę tu być. Ale tęsknota za domem jest większa. Chodźmy.
    Co to za wolność, pomyślałem, skoro jestem stawiany przed faktem dokonanym, a potem muszę wybierać. Wcale tego nie chcę.
    - No cóż - powiedział. - Chciałbyś tu zostać... Rzeczywiście warto. Ale zrozum, twoja rzeczywistość to twój dom, ludzie. Tu tylko obserwujesz, a życie to nie obserwacja. Nie chcesz opuścić swojej rodziny, więc musisz do niej wrócić. Musisz wrócić, żeby uczestniczyć w jej życiu, tworzyć codzienność, budować ją. - Zaczął mówić ciszej i wolniej. - Należy podejmować decyzję, jeśli chce się by szczęśliwym i osiągać cele. Ale to kosztuje. Trzeba wybierać. I taka jest właśnie rzeczywistość - piękna, ale odpowiedzialna. Zrozumiałem, że obowiązują tu pewne reguły, do których trzeba się dostosować. Nie podobało mi się to, ale nic nie mówiłem.
    - Proszę, prowadź - powiedziałem.
    - Dokąd chcesz iść?
    - Jak to? Przecież nie wiem.
    - Zastanów się, co chcesz wiedzieć. Pomyśl.
    - To, co się dzieje, przekracza granice mojej wyobraźni, a ty każesz mi myśleć? Jak? Nad czym? Zrób, co chcesz, nic nie przychodzi mi do głowy.
    - Dobrze, właśnie dokonałeś wyboru, podjąłeś decyzję. Spojrzałem na niego zdziwiony.
    - Nie patrz tak, zdałeś się na mnie. Zapamiętaj - twoja wolna wola, wolność, nie polega wyłącznie na braniu odpowiedzialności za decyzje i czyny podjęte osobiście przez ciebie. Ważne jest też to, że oddając się pod czyjąś opiekę ponosisz tego konsekwencje. Tak więc to, co zgodziłeś się przeżyć, coś, czego teraz jeszcze nie znasz, może mieć konsekwencje dobre i złe. To trzeba wiedzieć. Twoja wolność jest odpowiedzialna.
    - Chyba masz rację, ale nie wszystko rozumiem. - Jeśli chcesz odpocząć, po prostu powiedz. Tutaj twoja wola jest szanowana. Zgodziłem się chętnie.
    Usiedliśmy w fotelach uplecionych z tęczowego światła, a ja natychmiast poczułem się jak nowo narodzony. Opiekun rzekł:
    - Chcę ci na początku opowiedzieć, co się dotychczas właściwie stało. . Otóż, jak wiesz, miałeś ciężki wypadek, potrącił cię samochód. Było to zdarzenie tragiczne w skutkach tak dla ciebie, jak i dla kierowcy. On miał zawał serca i niestety nie przeżył. W tej chwili jest już wśród nas. Ty natomiast zostałeś ciężko ranny i teraz lekarze "naprawiają" twoje ciało. Robią, co w ich mocy. Nawet wzywają Boga do pomocy. Niezbyt skutecznie, nawiasem mówiąc. Ale już wiesz, że wszystko się dobrze ułoży. Ty z kolei, wola naszego Stwórcy, doświadczasz rzeczywistości, jakiej dotychczas nie znałeś.
    - Mało powiedziane. O jakiej mi się nie śniło!
    - Potrzebujesz czasu.
    - Co chwilę mam wrażenie, że to fantastyczny film, sen albo dowcip. Bo jak pojąć, że tam, na ziemi jest moje pierwsze życie - wśród ludzi, drzew, zwierząt, kamieni i wody, a tu drugie?
    - Chciałoby się powiedzieć, że tamto jest martwym odbiciem tego?
    - Tak. Chociaż nie... To jest nieporównywalnie piękniejsze. Czuję się, jakby przez całe życie spał i dopiero tu się obudził.
    - Mylisz się. Tamto życie jest bardzo ważne. Ma wartość decydującą, choć blasku i urody mu brakuje. Ale wrócę do początku. Tak więc znalazłeś się tu, bo o to prosiłeś.
    - Ja?!
    - Tak.
    - Nic mi o tym nie wiadomo.
    - Prosiłeś o to w modlitwie.
    - Mało się modlę. Owszem, czasami myślę, co chciałbym Bogu powiedzieć, jednak przez moje lenistwo rzadko klękam do modlitwy. Po prostu mi się nie chce.
    - Wiem. Lecz to, co robiłeś, robiłeś z wiarą, że On jest. Wydawało ci się, że musisz do Niego iść, aby Mu coś powiedzieć. Tak jednak nie jest, gdyż On jest zawsze z tobą, a nawet w tobie.
    - Jak to?
    - To właśnie masz pojąć. Jednak najpierw dowiedz się, że otrzymałeś nieprzeciętna Łaskę. Twoje prośby spełniły się.
    - Nadal nie rozumiem. Kiedy o to prosiłem? Jak? Czyżbym nie wiedział, co mówię? Nie przypominam sobie, żebym się tu wpraszał.
    - Owszem, wiesz, co mówisz. Ale czasami nie zdajesz sobie sprawy z tego, co słowa znaczą. Nie miałeś pełnej świadomości tego, o co prosiłeś. Często po prostu wyrażałeś pragnienie odkrycia prawdy o swoim życiu; dlaczego trzeba tyle wycierpieć, dlaczego dzieje się coś, czego nie chcesz i wreszcie, dlaczego czasami działasz wbrew sobie, wbrew temu, czego chcesz. A wszystko to w głębi duszy kierowałeś do samego Boga. Nawiasem mówiąc często winiłeś Go, oskarżając o spowodowanie twoich i cudzych nieszczęść. Ale zawsze traktowałeś go poważnie. Jego wolą było odpowiedzieć ci i robi to.
    - Rozumiem. To ciekawe, co mówisz. Muszę ci powiedzieć, że trochę się Go teraz boję. Tam nie traktowałem Go całkiem serio.
    - Traktowałeś Go bardzo serio, tylko nie w pełni zdawałeś sobie z tego sprawę. Sprawy codzienne ci na to nie pozwoliły, bo poświęcałeś im cały swój czas, pochłaniały cię bez reszty. Na szczęście pragnienie i nadzieja były w tobie bardzo silne. Ale o tym porozmawiamy później. Teraz chcę ci pokazać twoją przeszłość, jeśli oczywiście pozwolisz.
    - Dobrze, ale czegoś tu nie rozumiem - powiedziałem.
    - Czego?
    - Rozumiem, że Bóg, o którym mówimy, jest dobry.
    - Tylko dobry? Jest samą miłością.
    - Tak? Więc dlaczego uczynił mi tę łaskę w taki właśnie sposób?
    - Co masz na myśli?
    - Dlaczego wezwał mnie tu poprzez ten wypadek. I czy musiał zginąć kierowca? Osierocił dzieci.
    - Przyjacielu, to nie On zabił tamtego i to nie On jest przyczyną tego całego nieszczęścia.
    - Przecież mógł temu zapobiec. On może wszystko!
    - Owszem, mógł i nie mógł.
    - Jak to?
    - To, co się tam stało na ziemi, było konsekwencją waszych czynów: kierowca jadąc dostał zawału, a ty szedłeś akurat drogą...
    - To zbyt proste! Mógł mnie zatrzymać, przestrzec!
    - Bóg nie ingeruje w twoje życie tak bezpośrednio. Masz wolną wolę, jesteś wolnym Człowiekiem. Czy byłbyś wolny, gdyby On prowadził Cię za rękę? Lubisz, jak ktoś cię poucza wbrew twej woli?
    - Ale mógł ostrzec. Sam bym to rozważył i na pewno posłuchał.
    - Skąd wiesz, że cię nie ostrzegł? Nie słuchałeś Go, byłeś wtedy zamknięty w sobie myślałeś o pracy i pieniądzach. Nie docierało do ciebie nic.
    - A kierowca. Dlaczego jego nie uratował? I ja byłbym cały.
    - Ten zawał jest konsekwencją jego życia. Niestety tragiczną w skutkach, bo osierocił rodzinę. Wiele osób będzie po nim płakać...
    - Tak, to strasznie smutne. Co więc Bóg na to?
    - Posłuchaj, bo jeszcze nie skończyłem, a chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiał. Mówiąc to stwierdzam fakty, nie oceniam jego postawy. Ten człowiek mógł się stać niewinną ofiarą, ale mógł też sam się przyczynić do tego, co się stało. Nie winię go, bo nie o winę tu chodzi. Mówię ogólnie. Taki właśnie jest los człowieka korzystającego ze swojej wolności.
    - Trochę mnie takie wyjaśnienie irytuje.
    - Wytłumaczę ci to na przykładzie.
    W czasie wojny grupa żołnierzy otrzymała zadanie zdobycia pewnego bardzo ważnego wzniesienia. Prowadziły do niego dwie drogi: jedna przez las - dłuższa, ale bezpieczna i druga, krótsza, przez mokradła. Ta przez bagna podobno była bezpieczna. Jeden z żołnierzy twierdził, że widział już idących tamtędy ludzi. Jeśli im udało się przejść, to droga bezpieczna. Postanowiono więc pójść krótszą drogą. Gdyby coś im zagroziło, mieli zawrócić. Przeszli spory kawałek i nic się nie stało; grunt pod stopami był wprawdzie miękki, ale sprawiał wrażenie stabilnego. Poczuli się pewnie. Dookoła było pełno drzew i gałęzi, których mogli się trzymać. Zaczęli rozmawiać, by umilić sobie czas. Niepostrzeżenie znaleźli się na skraju grzęzawiska. I wtedy właśnie zaczęła się tragedia. Prowadzący żołnierz wpadł po szyję i zaczął tonąć. Na pomoc rzucił się idący najbliżej kolega. Chwycił go za rękę i zaczął ciągnąć, ale nie dawał rady. Tonący jednak, cały już zanurzony, kurczowo trzymał rękę wybawcy, wierząc, że ten go uratuje. Domyślasz się, co było dalej?
    - Nie.
    - Zaczęła się druga część tragedii. Ratujący stał niestety na niepewnym gruncie, a tonący nie puszczał jego ręki i wciągnął kolegę w bagno. Wszystko to działo się na oczach pozostałych żołnierzy. Ogarnął ich strach, wybuchła panika. Niektórzy szukali twardszego gruntu, inni chcieli zawrócić, a reszta, skamieniała ze zgrozy, stała w miejscu i nie była w stanie się poruszyć. Ktoś zaczął głośno wzywać pomocy. Powiedz mi, Piotrze, czy miałbyś odwagę wejść w to bagno i pomóc tonącym?
    - Nie wiem, trudno powiedzieć.
    - Jak widzisz, znaleźli się w tragicznej sytuacji, bo taka była konsekwencja ich wcześniejszej decyzji.
    - Rozumiem. Nie chcieli źle, ale skutki swej decyzji odczuli, i to tragicznie.
    - Zważ, ten drugi zginął niewinnie.
    - Łatwo ci mówić, bo jesteś mądry, ale ja jestem tylko człowiekiem. Nie zawsze wiem, co jest dla mnie dobre.
    - Dlatego masz całe życie, żeby się tego dowiedzieć.
    - I dlatego musze cierpieć?
    - Nie, ale proponuje nie mówić o tym teraz. Jeszcze nie teraz. Teraz chcę pokazać ci twoją przeszłość.
    - Dobrze, zdałem się na ciebie i ufam, że wiesz, co robisz.
    - Spójrz za siebie.
    Odwróciłem się. Hen, daleko za moim fotelem zobaczyłem mały budynek otoczony wielkim parkiem. Wokół porozrzucane były inne domy. Obraz przybliżał się, jak w telewizji, tak że mogłem się wszystkiemu dokładnie przyjrzeć. Moim oczom ukazała się sala szpitalna. Było tam wiele kobiet i zaledwie kilku mężczyzn w zielonych ubraniach. Kobiety leżały na dziwnych łóżkach. Spojrzałem ze zdziwieniem - one rodziły! Moja uwaga skupiła się na jednej z nich.
    - Przecież to moja matka!
    - Tak. Za chwilę przyjdziesz na świat. Zobaczysz swoje życie. Wszystko, co przeszedłeś, aż do momentu, w którym trafiłeś tutaj.
    - Po co? Przecież wiem, co przeżyłem. To dla mnie żadna nowość. Jaki to ma cel?
    - Chcę, żebyś to obejrzał. W pewnym sensie będzie to dla ciebie nowe przeżycie. Będziesz oglądał wszystkie sceny ze swojego życia i czuł wszystko to, co wtedy przeżywałeś. Wszystkie lęki, radości, pragnienia, myśli. Jednocześnie będziesz to analizował według swej obecnej świadomości. Dane ci będzie jednak rozumować szybciej i jaśniej
    - Tak? Jak to się stanie? Stanę się nagle mądrzejszy?
    - Jesteś tu, w miejscu, gdzie czujesz tylko piękno i dobro i to cię oświeca. Żaden problem nie przeszkadza ci w myśleniu. Po prostu patrzysz z innego, właściwego punktu. Ponadto wiedz, że to miejsce ma dobroczynne działanie, autentyczną moc. Jak zauważyłeś, te obrazy jak gdyby żyją i w istocie jest w nich moc.
    - Czy to znaczy, że mam teraz tę tajemniczą moc w sobie?
    - Spójrz za siebie.
    Ponownie się odwróciłem, tym razem żeby zobaczyć, czego w życiu dokonałem. Poczułem się dziwnie. Jakby lżejszy na duszy. Zdawało mi się, że coś ze mnie uchodzi. Choć to uczucie nie było zbyt miłe, to teraz jestem jakby bardziej wzniosły, większy.
    Czuję się weselszy. Obraz ponownie się przybliża. Nie jest to już jednak szpital; widzę teraz mój dom rodzinny i mamę w ciąży.
    - To ze mną?
    - Tak.
    Oglądam codzienne życie moich rodziców. Jest w sumie podobne do mojego. Śmieszą mnie tylko przedmioty, ubiór i styl życia. Dużo czasu poświęcają pracy fizycznej; mam ciągle pierze i gotuje, praca ojca jest jeszcze bardziej mozolna, w dodatku coraz mniej przebywa w domu. Widzę wyraźnie, że odbija się to na ich psychice. Z kolei pragnienia i odczucia są wręcz identyczne z moimi. To zadziwiające: są tacy jak ja, żyją co prawda w innym świecie, ale czują to samo. Mama ma niełatwe życie. Wokół niej krząta się czworo mojego rodzeństwa. Biegają beztrosko, zaczepiając to o nią, to o wszystko wokół...
    Nadszedł czas moich narodzin. Leżę w łóżeczku postawionym w rogu pokoju, otulony becikiem. Mam chroni mnie przed braćmi. Choć wiecznie zapracowana, poświęca mi tyle czasu, ile może, chociaż najczęściej przebywam sam.
    Obraz mojej małej osóbki jest jakby jaśniejszy od całości, jednak bez wyraźnej granicy; barwy stykają się ze sobą, przenikają. Zdarzało się, że na tę jasność nachodziła szarość, taka sama jak w moim dorosłym życiu, ale działo się to na krótko, bo później kolory wracały i przykrywały ją.
    I tak wzrastałem, a moje życie stawało się coraz bardziej unormowane. Regularne karmienie, przebieranie i poznawanie świata zza prętów łóżeczka, zabawy z rodzicami i rodzeństwem.
    Taki mały, a tyle we mnie energii! Moi rodzice i ja sam teraz mamy jej mniej niż to małe dzieciątko. Chyba dlatego jest takie jasne, pomyślałem, ale Opiekun się nie odezwał.
    Kolejne obrazy. Miesiące i lata. Dość podobne do siebie - dużo zabawy, beztroski. Bracia byli ode mnie parę lat starsi, więc nie byłem dla nich kompanem do zabawy.
    Czuję, że przeżywam różne emocje, widzę wyraźnie, jak życie w domu kształtuje moją osóbkę. Naśladuję braci, chcę im dorównać, być lepszym, popisuję się przed rodzicami. Zdarzało się, że obrazy mocno ciemniały. Wtedy moim bracia i jak stawaliśmy się jakby mniejsi i te trzy małe jasne plamki czekały, aż się rozświetli, aby znów swobodnie hasać. Byliśmy blisko siebie, przez co czuliśmy się trochę pewniej, ale na szczęście potem jaśniało i życie wracało do normy. Chłonąłem wszystko, co rozumiałem, a rozumiałem więcej, niż się innym zdawało.
    Obraz znowu się zmienił. To gospodarstwo mojej babci. Było piękne lato, stare zabudowania gospodarskie. Babcia z dziadkiem byli starymi ludźmi i nie pracowali już w polu, ale jakieś zwierzęta w domu ciągle były. Panowała spokojna, wiejska atmosfera. Były wakacje. Na podwórzu biegało mnóstwo dzieciaków, a między nimi ja, sześciolatek. Boże, jakie to były cudowne chwile! Biegałem po tym wielkim podwórku i staczałem prawdziwe bitwy z kogutem, który nieustannie mnie atakował. Skończył marnie - zaszył się w pokrzywach, bo były tak duże, że nie mogłem go tam dosięgnąć. Chodziłem nad staw łapać żaby, bawiłem się na drodze koło domu, gdzie piasek był tak gorący, że aż parzył stopy. Pasałem krowę na łące w towarzystwie Misia, mądrej i bystrej psiny. Był też moment, w którym kogut toczył walkę z lisem - złodziejem babcinych kur. Możecie wierzyć albo nie, ale wygrał! A było to tak. Zauważyłem, że na małym rozwalonym stogu koło domu coś się dzieje. Kury dziwnie hałasowały i co rusz któraś wiała na podwórze. Oparłem się łokciami o deski i patrzyłem, co się dzieje. Walczyły z komarami? W pewnym momencie przyleciał kogut; ten, o którym wspominałem wcześniej. Stanął na najwyższym miejscu i głośnym pianiem rozkazał kurom opuścić teren i wkrótce na placu boju został on i jedna nieposłuszna "małolata". Wtedy zauważyłem, że koło stogu w zbożu coś się rusza. Może to dzik? Wtem na stół wtoczył się lis, rozejrzał się i rzucił na tę małą kurę, która poleciała do koguta, a ten na lisa. Nieborak lis nie wiedział, co robić. Kurę dopadł, ale kogut - kamikadze nie pozwalał jej obezwładnić, siedząc mu na głowie, skacząc i dziobiąc. To było niezwykłe. Po jakiejś minucie nie wytrzymałem napięcia i wrzeszcząc pobiegłem po starszego brata. Gdy wróciliśmy, było już po wszystkim. Obolała przestraszona kura i rozwścieczony kogut opanowali sytuację. Przeżywałem to do późnego wieczora.
    Co to się jeszcze nie działo, sceny migały jedna za drugą wzbudzając to wzruszenie, to śmiech albo smutek. Jako najmłodszy z ferajny byłem najczęściej zawadą, a poza tym ich opiekuńczość mnie dobijała. "Piotrusiu, nie chodź do studni" - słyszałem, ilekroć tylko odwróciłem się w tamtą stronę. Gdy jednak zagroziłem, że spytam babcię, czy nie zauważyła, że dostaje za mleko mniej pieniędzy niż powinna, odpuścili. Taaak, na te wakacje czekałem cały rok. Mimo że najczęściej musiałem bawić się sam, były to najpiękniejsze chwile mojego życia. Poznawałem rzeczywistość, chłonąłem wszystko, na czym tylko skupiłem wzrok, angażowałem się w to całym sobą. A przed zaśnięciem, po wspólnej nadzorowanej przez babcię modlitwie, myślałem o przyjemnościach dnia następnego. Wstawałem rankiem i pędziłem do lasu, nad stawy, na górki czy po biedne żaby. Bez obowiązków i kłopotów.
    Nadszedł jednak czas szkoły. Czuję, że moje odczucia są teraz inne. Musze poświęcać więcej czasu, żeby sprostać obowiązkom, buntuję się przeciw temu i tęsknie za utraconym rajem Piotrusia - sześciolatka. To nie jest niechęć do szkoły, tylko raczej do warunków tam panujących. Ten przymus uczęszczania i uważania na lekcjach! Nauczyciele kazali czytać, pisać, liczyć, zapamiętywać. Często, teraz dopiero to widzę, byli beznadziejnymi wychowawcami. Stosowali zasadę: nie uczysz się - dwója. Nie starali się zachęcić, pokazać. Byli często niesprawiedliwi, uprzedzali się do kogoś, a i niejednokrotnie potrafili przekreślić go całkowicie. Spoglądam stąd na małego Piotrusia - ucznia. Szkolne życie szybko nauczyło mnie cwaniactwa. Nie rozumiałem, że uczę się dla siebie, dla wiedzy, więc moje wysiłki sprowadziły się do uzyskiwania pozytywnych ocen; do kombinowania, co się opłaci, a co nie. Skoro nie przewidywałem odpytywania, to po co się uczyć?
    Widzę wyraźnie, że zacząłem się zmieniać. Doświadczenia sprawiały, że stawałem się doroślejszy, rozumniejszy, ale obserwując to stąd wiem, że nie tyle chodziło o mądrość, co o cwaniactwo właśnie. Towarzyszyły mi tez wtedy ciągle uczucie niezrozumiałej tęsknoty za czymś. Czyżby to ona była motorem mojego działania? Są i miłe momenty. Widzę moich ulubionych nauczycieli, na przykład pana od polskiego, który czytając nam na lekcji Fredrę rozbawiał całą klasę do łez, i wcale nie przeszkadzał w tym fakt, że nikt nie czytał lektury wcześniej. Z sympatią wspominam tez nauczycieli historii i matematyki. Fizyki nie rozumiałem w ząb, ale lekcje były wspaniałe; ciekawie prowadzone, z mnóstwem doświadczeń.
    Stosunki z kolegami układały się różnie, ogólnie jednak dobrze. Dobra atmosferę psuło dwóch debili, zdolnych nawet do tego, żeby pokazać, jak się rzuca kotem w powietrze. O, a teraz widzę, jak palę papierosa z kumplami w szkolnym parku. Planujemy z kolegą pójść na wagary. Bardzo fajny chłopak to zresztą był. Często robimy wypady poza szkołę. Oczywiście załatwione podstępnie "zwolnienia" usprawiedliwiały nas całkowicie. Rodzice byli w pracy i niczego się nie domyślali. A wszystkiemu towarzyszyło uczucie konspiracji i dreszczyk emocji. Poza tym uchodziliśmy za "odważnych"; w klasie patrzono na nas z podziwem, a czasem nawet martwiono o nas. Co innego dom. Tam wciąż byłem dzieckiem i obowiązywało mnie posłuszeństwo. Mimo to jednak z rodziną czułem się szczęśliwy. Teraz obraz oddala się, zbliża się inny. To moje podwórze, bawię się czymś. Listonosz idzie do mojego domu:
    - Nikogo nie ma - zawołałem.
    - List do was - powiedział - odbierzesz?
    - Jasne.
    Pobiegłem wziąć list. Obejrzałem kopertę, a tu wielkimi literami wydrukowane moje imię i nazwisko.
    - Co to, do mnie?
    Była to oficjalna wiadomość, że zostałem przyjęty do szkoły średniej w sąsiedniej miejscowości. Przez moment byłem zszokowany, nie wiedziałem, o co chodzi. Ja?! Aha, przecież przed końcem roku wysłałem do tej szkoły swoje dokumenty z prośbą o przyjęcie. A teraz zbliża się koniec wakacji, wszystko rozumiem. Zostałem przyjęty! Znów widzę, że poczułem wtedy coś dziwnego, choć wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Był to lęk przed utratą tego, co robiłem do tej pory. Dominowała jednak radość. Będę chodził do technikum! To wspaniale! Mama się na pewno ucieszy.
    Obraz przeskoczył do czasów technikum. Było lepiej niż w podstawówce. Dziwne - trudniej, ale lepiej. Nie rozumiem...
    - Opiekunie, miałem wszystko lepiej zrozumieć, ale czuję, że tak nie jest.
    - Teraz, Piotrze, patrz.
    Pamiętam, że przeżyłem szok w pierwszej klasie. Właśnie zbliżał się koniec półrocza. Jakieś dwa tygodnie przed wystawieniem ocen wszyscy nauczyciele grozili mi oceną niedostateczną. Byłem zupełnie zdezorientowany; przecież średnia ocen z żadnego przedmiotu na to nie wskazywała. Okazało się, że dwóje, które dostałem wcześniej, nie są poprawione i żadna piątka z innego tematu nie ma tu znaczenia. Należało więc poprawić wszystkie, a nie zakładać, że liczy się średnia ocen. Oj, ile ja się napociłem, żeby to naprawić Kosztowało mnie to bardzo dużo pracy. Ale na szczęście się udało. Nie mógłbym, po prostym bym nie mógł dostać dwói, to sprawa ambicji. No i w domu byłoby piekło. Ostatecznie tylko z rosyjskiego dostałem trzy z minusem, ale to mogłem przeboleć. Teraz dopiero rozumiem, co się stało. To moje cwaniactwo dostało po głowie - w rachunkach wszystko się zgadzało, ale życie pokazało mi, że to za mało. Do tej chwili nie zdawałem sobie sprawy z rangi tamtego wydarzenia. Poza tym życie płynęło unormowanym torem. Codzienne dojazdy autobusem to dopiero była szansa na wagarowanie. Nie raz nie dojechałem na klasówkę, bo autobus "się spóźnił". Oczywiście nikt tego nie sprawdzał, bo przecież na drugiej czy trzeciej lekcji już byłem. Profesor - wychowawca, miły i mądry człowiek, próbował mnie zdemaskować. Ale łgałem tak umiejętnie, że nic mi nigdy nie udowodnił. Zadziwiające było to, że im bliższej było do matury, tym bardziej przykładałem się do nauki i na koniec edukacji miałem najlepsze oceny w swej karierze. A co najważniejsze, poczułem wielką chęć do nauki. Teraz widzę, że wielka w tym był zasługa pedagogów. Narzucali wysokie wymagania, ale byli w miarę sprawiedliwi. Szczególny podziw budziła we mnie nauczycielka języka rosyjskiego, którego zresztą nienawidziłem. Doprowadziła do rzeczy nieprawdopodobnej - nauczyłem się dobrze władać tym językiem. Naprawdę mówiłem po rosyjsku prawie bez problemów. Miałem z tego przedmiotu tylko skrajne stopnie - albo dwa, albo pięć. To był niesamowita kobieta.
    Później praca dyplomowa i matura. Nie zależało mi na niej, bo nie zamierzałem studiować. Miałem zbyt duże luki, a poza tym nie czułem potrzeby studiowania. Dlatego tez matura nie była dla mnie stresem i zdałem ją bez problemu. Do dziś widzę siebie na egzaminie z "Przysposobienia obronnego", do którego przygotowywałem się tuż przed wejściem na salę. Pamiętam, że postanowiłem robić wrażenie osoby bardzo poważnej, której mocno zależy na wyniku egzaminu. Wszedłem na salę, dostałem kartkę z trzema pytaniami i 15 minut na przygotowanie się. Z mną w sali był kolega, który miał jeszcze 10 minut i koleżanka zdająca właśnie egzamin. Pierwsze dwa pytanie zrzynałem od kolegi, a przy trzecim - "rodzajach bomb' - wystarczyła moja wiedza. No i przyszedł czas na mnie. Odpowiadałem płynnie, ale niestety było w tym dużo wodolejstwa, a nauczyciele chcieli konkretów.
    - Jak się nazywa środek do okładów na zwichnięcie?
    - No... jest to środek, który łagodzi ból i działa kojąco na opuchliznę.
    Pytanie powtórzyło się kilkakrotnie, odpowiedź również, choć za każdym razem ubrana w inne słowa. Pani siedząca obok "sędziego głównego" (mojego wychowawcy zresztą) zlitowała się i wymieniła nazwę.
    - O! - powiedziałem. - Właśnie to
    - A co to jest? - spytał wychowawca.
    - No, środek na zwichnięcie i skręcenie...
    - Ty mi tu nie chrzań, tylko mów, co to jest; maść, tabletka czy może płyn?
    - Nooo... robi się z tego okład...
    - Powiedziałem, nie chrzań - powiedział wychowawca, wyraźnie ubawiony.
    Ja jednak postanowiłem się nie śmiać i odpowiadać z powagą. - Płyn.
    - Nie, tabletka, przyjacielu, tabletka!
    - To tabletka - powiedziała nauczycielka cienkim głosem - którą rozpuszcza się w wodzie i tak powstałym roztworem okłada rany.
    - No właśnie - powiedziałem - właśnie to miałem na myśli. - To rozbawiło wszystkich.
    - Dobra. Określ rodzaje bomb. Padła moja wyczerpująca odpowiedź, ale zapomniałem o jednym rodzaju.
    - A bomby propagandowe, przyjacielu? Słyszałeś o takich?
    - Oczywiście. Bomby propagandowe.
    - Omów je.
    - Słucham?
    - Omów je.
    Byłem już zmęczony tą walką. Moje szare komórki musiały tęgo pracować, żeby wybrnąć z poprzedniej sytuacji, a ten jeszcze mnie tu naciskał. Nie miałem pojęcia o tych bombach. Ale zacząłem poważnie.
    - Są to bomby, których zadaniem jest wywołanie u wroga negatywnej reakcji. Na przykład paniki, lęku, dezorientacji.
    - Konkretnie co robią?
    Nacisk był coraz silniejszy, a ja nie wiedziałem nic ponad to, co już powiedziałem. Powtórzyłem więc odpowiedź, tym razem przy użyciu większej ilości słów. - Piotr! - przerwał wychowawca - nie owijaj! Konkrety!
    - No na przykład wybuchają nad obozem wroga, powodują zapalenie środków łatwopalnych, a to z kolei wywołuje panikę. - Piotr, co to jest propaganda? - O Boże! Ulotki! Rozrzucają ulotki!
    - No, już lepiej. Wezwij następnego.
    Gdy teraz o tym myślę, pękam ze śmiechu. To był wspaniały egzamin. No ale cóż, zdałem maturę, ukończyłem szkołę, przede mną trzy miesiące wakacji, a potem miałem zacząć dorosłe, samodzielne życie. Jaki byłem szczęśliwy. W duszy grała muzyka, przy boku miałem ukochaną... Życie było piękne. Bardzo chciałem się usamodzielnić, być panem swego losu. Skończyła się szkoła, więc myślałem, że nie będę się musiał już uczyć. W ogóle, że skończy się przymus, że będę wolny; pójdę do pracy i będę mógł robić co chcę. Ta myśl mnie podniecała, pragnąłem tego. Wcale się nie bałem, że nie poradzę sobie w dorosłym życiu.
    Po wakacjach przyszedł okres pracy zawodowej a wraz z nim pragnienie wykorzystania uzyskanej wolności. Przez dziewięć miesięcy pracowałem jako stażysta w ogromnym sadzie. Robiłem tam wszystko - od pracy w biurze, poprzez wywożenie gnojówki wielkim beczkowozem i pracę w warsztacie mechanicznym aż po zbiór owoców. Nastał tez czas pierwszych wypłat. To były moje pierwsze własne pieniądze. Nieduże, ale liczył się sam fakt. Zacząłem odczuwać spokój i tę wytęsknioną swobodę. To był okres raczej bez stresów i problemów. Ale mimo to żyłem z dnia na dzień. Czekałem podświadomie na "coś", sam nie wiem co. Ale życie samo zaczęło dostarczać przykrych doświadczeń. Straciłem pierwszą pracę, znalazłem nową. Potem powtarzało się to jeszcze kilkakrotnie. Nie było w tym mojej winy, za każdym razem odchodziłem z dobrą opinią. Jednak w głębi duszy wciąż czegoś mi brakowało, a praca nie dawała w sumie satysfakcji. Wreszcie, po paru ładnych latach, doszedłem do wniosku, że chcę mieć własny biznes, własna firmę. Sądziłem, że będę się wtedy czuł niezależny. Moje marzenia skonkretyzowały się - chcę być stolarzem. Uświadomił mi to przypadek, a właściwie moja bratowa, która stwierdziła, że zawsze przecież lubiłem dłubać w drewnie. Spodobała mi się ta myśl. Niemal natychmiast zacząłem kupować dłuta, heble, wiertarki. Sporo wyrzeczeń to kosztowało, ale wytrwałości mi nie brakło. Uporu również. Fach ten bowiem poznawałem od postaw, bez nauczycieli, wykonując tytaniczną robotę. Sam Bóg wie, ile włożyłem w to wysiłku i samozaparcia. Ale zaczęły się pojawiać pierwsze efekty. Dawały dużo radości, trochę mniej pieniędzy, ale cel był jasny, a wędrówka rozpoczęta.
    I tak to wszystko trwało. Teraz widzę, że pracowałem jak mrówka przenosząca stóg słomy z miejsca w miejsce. Byłem pełen zapału, choć kłody waliły się pod nogi, ba!, właściwie to chodziłem po nich. Ile razy słyszałem, że to nie wypali, że się z tego nie utrzymam. Najbliższe osoby zatroskane o moją przyszłość radziły mi szukać lepszej, dobrze płatnej pracy. Bardzo brakowało mi wtedy zwykłej ludzkiej życzliwości. Codziennie spotykałem się z obojętnością, pełnymi dezaprobaty uśmieszkami. Mimo wszystko, wbrew wszystkim i wszystkiemu, robiłem swoje, a motorem była nadzieja na wolność i dostatek. O Boże! Jaki tamten świat był szary i beznadziejny. Jak dużo energii ludzie tracą na zniechęcanie się do działania, ile w tamtym świecie zazdrości, zawiści, niechęci, a jak mało braterstwa i życzliwości. Gdy tak na to patrzę, żal mi siebie. Ile to się człowiek namęczy, idąc nieznaną drogą... Ale jestem pewien, że robiłem dobrze; innej drogi nie widziałem.
    Obrazy się zmieniają. Przyszedł czas na kolejny etap - małżeństwo. W tym szarym świecie na mojej drodze stanęła miła sympatyczna dziewczyna. Pokochałem ją od pierwszego wejrzenia, a po dwóch latach złożyliśmy sobie przysięgę małżeńską. Los chciał, że zamieszkaliśmy daleko od naszych domów rodzinnych. Ona bardzo to przeżyła. Ja byłem twardszy, zajęty organizowaniem wspólnego życia. Ponownie rozpoczynałem wszystko od zera; urządzanie mieszkania i warsztatu. Wtedy postanowiłem iść na całość. Nie szukałem nowej pracy, chciałem po prostu sam zarabiać. Pożycie małżeńskie układało się dobrze, żona radziła sobie znakomicie. Trafiała mi do serca przez żołądek lepiej niż ja do jej serca przez pieniądze, choć tych w sumie nie brakowało. To bardzo szczęśliwy okres, uczymy się siebie i wspólnego życia. A nie jest to łatwe. Dwoje obcych ludzi, różnie wychowanych, mających swoje nawyki musi przebywać razem w jednym miejscu i czasie. Toteż codzienność nas zaskakiwała. Widzę wiele sytuacji zabawnych, ale i przykrych. Kocham bardzo swoją żonę i zależy mi, żeby robiła wszystko najlepiej, staram się więc zwracać jej uwagę na błędy, ułatwiać jej życie. I co? Ona nie zastanawiając się nad moimi intencjami buntuje się, nie chce dać się zdominować i awantura gotowa. Śmieszne, co? Tak, śmieszne. A jeszcze śmieszniejszy jest wniosek, że przyczyną nieporozumienia jest po prostu moja miłość. Gdybym jej nie kochał, obojętne byłyby mi jej błędy. A jednak teraz sądzę, że w takich przypadkach wychodzi właściwy każdemu z nas egoizm. Rozbita szklanka, porozrzucane skarpetki, mój upór, złe samopoczucie to powody codziennych nieporozumień. A one są przecież właśnie tylko objawem egoizmu. Z biegiem czasu uczymy się tego typu problemy nie tylko rozwiązywać, ale i unikać ich. Nasze pożycie jawi mi się jako udane; wiele w nim miłości, czułości, wzajemnej pomocy i coraz lepszego zrozumienia siebie nawzajem.
    Efekty dały nam dużo satysfakcji. Człowiek czuje, że jest mądry, że odniósł prawdziwe zwycięstwo. Tu widzę to wyraźnie, ale tam, na Ziemi, nie było to takie jasne. Wtedy to wszystko było ledwie wyczuwalne, jakby niezauważalne. Bezsensowne rozmowy, kiedy szukaliśmy przyczyn naszych przykrości mają jednak sens, przynoszą skutek. To zresztą zjawisko, którego nawet tu nie rozumiem w pełni. Po paru latach doświadczeń małżeńskich uświadomiłem sobie, że kobieta i mężczyzna są partnerami doskonale dopasowanymi do prowadzenia życia w rodzinie. Rodzinie, jako jedynymi miejscu wychowywania dzieci i rozwoju własnego małego światka. Mimo ogromnych różnic osobowościowych jest z nami tak, jak z wodą i mąką: po ich połączeniu powstaje chleb. Wystarczy tylko dodać przyprawy - miłość, zrozumienie, wytrwałość, szacunek i smakuje, aż palce lizać. Aby to zdobyć, trzeba tylko chcieć. I choć nie jest to łatwe, naprawdę więcej nie trzeba.
    Więź rodzinna i wspólnota interesów powodują, że łatwiej nam znosić szarość dnia. Niekończąca się praca żony; krzątanie po kuchni, dbanie o dziecko, mnie i siebie, utrzymywanie porządku w domu, zaopatrzenie - to obraz powtarzający się każdego dnia. Moje obowiązki są podobne, chociaż pracę mam ciekawszą. Szanuję wymagania klienta, więc czuję na swych barkach odpowiedzialność za wykonaną pracę. To nie lada doświadczenie, gdy się stoi po drugiej stronie kasy. Interes idzie mozolnie; pracuję dużo i ciężko, borykając się z idiotycznymi przepisami, klientami, materiałami. Poza tym wciąż się uczę i rozwijam warsztat, toteż część pieniędzy w nim zostaje. Widzę jednak, że mam z tego wszystkiego dużą satysfakcję, a bywa, że i podziw dla samego siebie! Mam dryg do tej roboty, potrafię być twórczy, robiąc oryginalne i nietuzinkowe rzeczy. Martwi mnie jedynie to, że w warunkach małego warsztaciku nie mogę rozwinąć i udoskonalić swoich wyrobów. Korzyści finansowe są różne. Są okresy bardzo dobre, ale zdarzają się też okresy zastoju. Średnia powinna być lepsza. Jestem bardzo silnie zaangażowany w swoją działalność, choć nie zawsze uświadamiam sobie to w pełni. Ciągnę to wszystko w kółko jak koń w kieracie. Dlatego z wielką radością czekam na święta, niedzielę, kiedy można odpocząć, spotkać się z rodziną, pośmiać, wypić i po prostu powygłupiać się. Takie wydarzenia są jak światło w moim coraz bardziej szarym życiu. Ale nadal nie brakuje mi zapału i wierzę, że mój los odmieni się na lepsze.
    Dawne marzenia o niezależności nie znikają. Powiedziałbym, że są jedynie mniej entuzjastyczne. Przyduszone wieloma trudnościami. Pragnienie osiągnięcia wolności towarzyszy mi jednak nieustannie. W moim sercu coraz częściej pojawiają się pytania, dlaczego w życiu tak jest? Dlaczego czasami dzieją się rzeczy, których się obawiam, a innym razem - choć wcale o to nie zabiegam - wszystko układa się pomyślnie? Po tylu latach ciężkiej, uczciwej pracy powinno być lepiej. Obraz zza moje fotela zaczął się oddalać, stawał się ciemniejszy, aż zniknął zupełnie. Odwróciłem się.
    - Powiedz mi - usłyszałem - jak oceniasz swoje życie? Co możesz mi o nim powiedzieć?
    - Cóż, życie jak życie. Smutne... Co mam ci mówić, sam widzisz, jakie jest. Tam, na ziemi nie jest lekko.
    - Gdy patrzysz stąd, wszystko wygląda inaczej, prawda?
    - Tak, ale na ziemi jest piasek, a z niego powstaje kurz, a wierz mi, że niełatwo w kurzu żyć, wszystko jest mniej wyraźne. Co ja na to poradzę. Sam widzisz - robię, co mogę. Nie mam do siebie pretensji, życie nie rozpieszcza.
    - Chcesz zobaczyć swoją przyszłość?
    - Co? Jak to, to ty wiesz, co będę robił? Przyszłość? Czy to znaczy, że wszystko jest gdzieś zapisane, a ja tylko idę ku przeznaczeniu.
    - To nie tak. Przeznaczenie nie istnieje, nie wiem, jak skończy się twoje ziemskie życie.
    - To po co mówisz o mojej przyszłości, skoro jej nie znasz?
    - Nie rozumiesz. Mówiliśmy o tym, ale posłuchaj raz jeszcze. Jesteś wolnym człowiekiem i masz wolną wolę. Tylko ty podejmujesz decyzje. Owszem, uzależniasz je od sytuacji. Do niektórych jesteś przymuszany, inne podejmujesz chętniej, jednak zawsze to ty decydujesz. Są oczywiście i takie przypadki, gdy coś dzieje się wbrew twej woli, lecz to znowu jest decyzja drugiego człowieka. Bo to, co dzieje się w waszym życiu jest splotem ludzkich decyzji. Nie ma tu więc przeznaczenia. To Bóg w swej mądrości patrząc na ciebie wie, co uczynisz, bo cię zna. Abyś to zrozumiał, dam ci przykład: na pewno nie raz obserwowałeś swój dziecko w czasie zabawy. Czy nie zdarzyło ci się, że wiedziałeś, co ono zamierza zrobić i jakie będą tego konsekwencje? Mimo tego, że ono było tego nieświadome... Widząc człowieka palącego papierosa również wiesz, że później kupi następną paczkę. Czyż to nie jest przewidywanie? Bóg też pokaże ci obraz twojej przyszłości, biorąc pod uwagę twoją obecną postawę i znając jej konsekwencje. Może w swej mądrości i potędze ukazać ci obraz twego życia do końca. Lecz wiedz, że tak jak palacz może rzucić palenie w każdej chwili i zmienić bieg swego życia, tak i twoje będzie przez ciebie kształtowane według twojej decyzji, twej postawy. Tak więc gdybyś ujrzał to, do czego dążysz, mógłbyś kształtować swą przyszłość z większą świadomością..
    - Chwileczkę, a mój wypadek? Czy to nie przeznaczenie? Przecież kierowca nie wiedział, że dostanie zawału. Nie podjął decyzji, żeby mnie potrącić.
    - Nie. To nie jest przeznaczenie, to również konsekwencja wcześniejszych decyzji i postawy, ale to jednocześnie problem głębszej natury. Nie chciałbym robić zamieszania zbyt dużą ilością informacji. Proszę, abyś mi uwierzył. Zaufaj mi.

Fragment ksiazki "Rozmowy z aniołem" Krzysztofa Wierzchosławskiego
opracował Piotr 'JazzCat' Pacyna




Krzysztof Wierzchosławski

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Skomentuj tekst

Ilość komentarzy: 3


[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
Various Artists '...Imaginary Songs - a tribute To The Cure'
  Various Artists '...Imaginary Songs - a tribute To The Cure'

"...To bez wątpienia jeden z najlepszych coverów utworów The Cure jaki kiedykolwiek słyszałem (a trochę tego już było). Szkoda tylko, że nie trwa choć z minutę dłużej...."
Czytaj więcej

  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff