Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron






Muzyczne podsumowanie 2004 roku

Z małym opóźnieniem zapraszamy Was do zapoznania się z naszymi opiniami o muzycznej zawartości minionego 2004 roku.

TOMASZ PACYNA:

Rok 2004 nie był w moim odczuciu jakoś specjalnie udany muzycznie. Oprócz paru wyjątków, zabrakło płyt naprawdę powalających. Nie mniej ukazało się kilka solidnych, dobrych pozycji. Moja dziesiątka wygląda więc następująco (kolejność przypadkowa):

The Cure "The Cure"

Długo "wychodziła" ta płyta, oj długo... Ale Robert Smith przyzwyczaił już chyba swoich fanów do tego, że pełne studyjne albumy ukazują się od jakiegoś czasu dokładnie co cztery lata. Po bardzo udanym krążku "Bloodflowers" z 2000 roku, z obozu Kjurczaków zaczęły dochodzić coraz dziwniejsze i coraz bardziej sprzeczne informacje, a późniejsze posunięcia Smitha można było uznać, delikatnie mówiąc, za dyskusyjne. Ale doczekaliśmy się w końcu. "The Cure" nie jest płytą równą, a do tego najlepsze utwory z sesji nagraniowej zostały "rozyspane" po limitowanych edycjach winylowych, tudzież innych japońskich wydaniach. Największym jednak zaskoczeniem na "The Cure" jest brzmienie, wpływ nowego producenta Rossa Robinsona nie spowodował na szczęście jakichś drastycznych jego zmian, nie mniej jest odczuwalny. Brzmienie jest chropowate, głośne, zabrudzone, z zaostrzoną sekcją rytmiczną i - co było dotychczas niespotykane - naprawdę mocno wyeksponowaną perkusją. Ale pomimo tego wszystkiego, płyta pokazuje, że The Cure wciąż poszukają, chcą iść naprzód i nie odcinają kuponów od sławy. "The Cure" jest płytą dobrą, a momentami nawet bardzo dobrą. Udało się z większości tych wszystkich zmian, wyjść zespołowi obronną ręką. Płyta wymaga długiego "osłuchania", ale później ciężko się już od niej oderwać, a takie utwory jak "Labyrinth", "Anniversary", "The Promise", "Going Nowhere", "Truth Goodness and Beauty", "This Morning" czy "Your God Is Fear" dostarczyły mi w 2004 roku największych muzycznych emocji i myślę, że na pewno część z nich stanie się prędzej czy później kjurową klasyką.

Pełna recenzja w Taboo.

Archive "Noise"

Popularność Archive w Polsce to bez wątpienia w 99 procentach zasługa radiowej Trójki, wielokrotnie odtwarzanego na antenie "Again" i redaktora Kaczkowskiego do znudzenia tłumaczącego słuchaczom, że nazwy zespołu nie wymawia się wcale jak "arczif"... I przyznać muszę, że takie momenty są miłe. Cieszy fakt, że Trójka promuje jeszcze czasem dobrą muzykę. Archive to przecież zjawisko nad wyraz ciekawe, które wypełniło po części ową pink floyd'ową muzyczną niszę. Wielu ludziom z pewnością brakowało takich właśnie dźwięków, szlachetnie dostojnych, wyważonych, a przy tym pełnych (raczej tych ciemniejszych) emocji. Może nie jest to album tak udany jak "You All Look The Same To Me", lecz mimo to, zespół zdołał utrzymać na nim wysoki poziom i zaserwował nam kilka naprawdę frapujących fragmentów ("Fuck U", "Sleep"). "Noise" jest mniej "epicki" (tu dla mnie w znaczeniu "rozlazły"), a bardziej skondensowany, co akurat wyszło mu na dobre. Brzmieniowo natomiast spokojne, liryczne, wyciszone fragmenty przeplatane są hałaśliwymi tytułowymi brudami i szumami, lecz ten kontrastowy zabieg wypada na "Noise" nad wyraz dobrze. Solidna płyta, jedna z najlepszych wydanych w 2004 roku.

Pełna recenzja w Taboo.

Blackfield "Blackfield"

Cholera, ten Steven Wilson to jest niemożliwy. To prawdziwy wulkan twórczy. Spala się w niezliczonej ilości projektów, występuje gościnnie u innych wykonawców, i nie zdradza przy tym żadnych przejawów wypalenia twórczego. Polski Kazik? Nie... nic podobnego. Może ilość projektów, w które się angażują jest podobna, jednak podejście do muzyki i jakość twórczości dzieli tych panów o lata świetlne. Ma ten Wilson jakąś magię w sercu, w paluchach, w stopach i w umyśle. Nie będę wymieniał tutaj wszystkich projektów w których bierze udział, wystarczy uważnie wgłębić się w lekturę Taboo, aby poczytać o części z nich. Wspomnę jeno, że lubimy tutaj w redakcji tego faceta, a jego muzyka towarzyszy nam od lat. Blackfield to właściwie duet. Wilsona wsparł tutaj Aviv Geffen - izraelski muzyk popowy, ponoć bardzo znany w swym kraju, przyjaciel frontmana Porcupine Tree, który swego czasu ściągnął Jeżozwierzy do Izreala właśnie. "Blackfield" to ich pierwszy wspólny album, nad którym pracowali "w wolnych chwilach" przez prawie 3 lata. Pierwsze moje skojarzenie po wysłuchaniu "Blackfield" to połączenie "Stupid Dream" (bardzo lubianej przez mnie płyty PT zresztą) z fragmentami "Lighbulb Sun". Album jest krótki, treściwy, utwory budowane są w sposób tradycyjny, bez udziwnień, melodie i aranżacje ocierają się gdzieś o popowe pogranicza rocka, a mimo wszystko "Blackfield" to kawał dobrej naprawdę muzy. Wydaje mi się też, że "Deadwing" pokazał już dobitnie, że ze swoją macierzystą formacją Wilson będzie grał coraz ciężej, więc może to właśnie Blackfield stanie się dla niego "czarnym polem boju" dla tych bardziej konwencjonalnych, ale jakże ładnych, "normalnych" piosenek?

Cranes "Particles & Waves"

To smutne, ale wydaje się, że zespół Cranes lata swej największej popularności ma już za sobą. Zresztą słowo "popularność" w ich wypadku nie jest chyba do końca zasadne. Formacja ta działa już przecież od lat, a cień w którym się skrywa wydaje się niestety coraz ciemniejszy. A szkoda, bo Cranes to mroczny klejnot. To tajemnicza, zmysłowa muzyka ciszy. Z każdym rokiem coraz delikatniejsza i bardziej spokojna. Oprócz instrumentów akustycznych, coraz więcej w niej ulotnej, zwiewnej i nieco minimalistycznej elektroniki. Cranes to oczywiście także ten charakterystyczny głos Alison Shaw, brzmiący jak śpiew zagubionej małej dziewczynki. "Particles & Waves" to kolejny, bardzo dobry album formacji i kolejny krok w konsekwentnym rozwoju grupy. Świetny materiał z wyjątkowo pięknymi "Light Song" i "k56".

Piano Magic "A Troubled Sleep Of Piano Magic"

Poprzedni album Piano Magic "Writers Without Homes", mimo, że ciekawy, był jednak nieco zbyt przekombinowany. Zawierał za dużo przerywników i eksperymentów, a za mało soczystej muzyki. Poza tym wkład zaproszonych gości pozbawił tamten materiał spójności, powodując, że nie bronił się on jako całość. Na nowej płycie, nagranej już po rozstaniu się formacji z wytwórnią 4AD, Mistrz Ceremonii - Glen Johnson - wrócił do korzeni. Nowy album to pozycja przemyślana, wyważona, harmonijna i, co tu dużo mówić, po prostu bardzo dobra. To zimowa płyta, pełna ciemnych emocji, poruszająca i pogrążona w smutku. "A Troubled Sleep Of Piano Magic" urzeka wokalizami Johnsona i Ange`le David-Guillou i hipnotyzuje muzycznie. Mamy tutaj przede wszystkim te charakterystyczne gitarowe, przestrzenne warstwy, z nałożonymi opóźnieniami i pogłosami, rozlane, chłodne, elektroniczne akordy w tle, co buduje tę szczególną refleksyjną i melancholijną atmosferę. Ale także, dla kontrastu szalone post-rockowe erupcje wściekłych gitar i żywej, zadziornej perkusji. No i w końcu, zagubionego, wyalienowanego człowieka w tym arktycznym duchowym chłodzie i smutku. Piękny album, który pomimo tego, że ukazał się w pierwszym wydaniu jeszcze pod koniec 2003, ciągle porusza do głębi.

Pełna recenzja w Taboo.

Bark Psychosis "Codename: Dustsucker"

To była dla mnie jedna z największych muzycznych niespodzianek 2004 roku. Kompletnie nieznany mi zespół, nagrywa tak ciekawą płytę. Jak się jednak po zbadaniu sprawy okazało, nie jest to żaden debiut, a drugi pełny album starych wyjadaczy. Bark Psychosis funkcjonuje z przerwami już od ponad 15 lat, wywierając zresztą niemały wpływ na scenę alternatywną i post-rockową. "Codename: Dustsucker" to muzyka w której spotykają się shoegazerowe wpływy Slowdive z post-rockowymi sennymi pejzażami z pod znaku Labradford. Do tego jeszcze wyważona jazzująca domieszka. A wszystko podane z dużym smakiem. Szkoda, że tak niewielu gra już dziś taką muzykę.

The Gathering "Sleepy Buildings"

Długo trwało zanim The Gathering w końcu mnie ujął. Zresztą nawet teraz, ich wczesne płyty nie przekonują mnie za bardzo. Przełom i to magiczne przestawienie blokady w mojej głowie przyniósł dopiero album "Souvenirs". Naprawdę dobry album tak nawiasem, stanowiący zresztą pewne odejście od dotychczasowych brzmień. "Sleepy Buildings", mimo, że zawiera utwory starsze, jest albumem zacnym. Wersje, w których owy materiał został przedstawiony, ukazuje go w całkowicie nowym świetle. I właśnie w takim, delikatnym i wysmakowanym wcieleniu, a nie pseudogotyckim metalizowaniu, Holendrzy ujmują mnie najbardziej.

Pełna recenzja w Taboo.

The Birthday Massacre "Violet"

The Birthday Massacre weszli przebojem do mojej dziesiątki w ostatniej chwili. "Violet" to właściwie EPka, a nie cała płyta, lub może lepiej powiedzieć - mini album, gdyż zawiera troszkę ponad 30 minut muzyki. Ten stosunkowo młody zespół z Kanady zaproponował bardzo smakowity dark-pop. "Violet" to nostalgiczna podróż po mroczniejszych latach osiemdziesiątych, The Cure, Siouxsie And The Banshees, trochę Depeche Mode z okresu "Ultra" (czy też późniejszego Paradise Lost z płyty "Host"), a wszystko w nowoczesnym wydaniu, oblane ostrzejszym brzmieniem gitar i fajnym kobiecym głosem. Lubię takie soczyste połączenia rocka z elektroniką, szczególnie gdy charakteryzują się tak niewysiloną lekkością. A żeby tego było mało, trzeba jeszcze podkreślić, że The Birthday Massacre mają spory dryg do układania świetnych, przebojowych i bezpretensjonalnych melodii. Nie mogę się już doczekać całej ich płyty. Z pewnością w Taboo nie raz jeszcze o nich napiszemy.

The Church "Forget Yourself"

The Church to zespół, który konsekwentnie od ponad dwudziestu lat robi swoje i ciągle - równie konsekwentnie - ignorowany jest przez większość dziennikarzy i prasę muzyczną. Dziwi mnie to, gdyż ich rozmarzona, pastelowa muzyka, najczęściej pełna delikatnych, sennych gitarowych dźwięków, a czasami ocierająca się o zadziorną, rockową psychodelię, z powodzeniem mogła by trafić do szerszego grona niż dzieje się to teraz. Na pewno jednak wspomniane milczenie prasy (szczególnie naszej, rodzimej) nie może zespołowi w tym pomóc. Nowa płyta przedstawia nieco odmienione wcielenie grupy, choć na pewno zakorzenione w przeszłości. Muzyczny środek ciężkości, przedstawiony na "Forget Yourself" został tym razem nieco przesunięty. Translacja owa poszła w tą drugą - bardziej zadziorną - stronę. Przesunięcie zaowocowało zatem mniejszą przystępnością, na rzecz większej ilości gitarowych dźwiękowych ścian. Materiał jest bardziej chropowaty, mniej w nim melodii, a dźwięki są mniej refleksyjne. Trochę za mało jest tu także tej specyficznej dla zespołu melancholii. Ale dostaliśmy krążek dobry, inny niż dotychczas, nowocześnie zagrany, przestrzenny i bardzo interesujący brzmieniowo. Nowy perkusista, inżynier dźwięku i producent w jednej osobie - Tim Powles, wniósł do formacji zastrzyk świeżej energii, gitarowy napęd (Marty Wilson-Piper i Peter Koppes) jest w wyjątkowo wysokiej formie, Steve Kilbey ciekawie eksperymentuje ze swoim głosem, zaś elektroniczne smaczki świetnie uzupełniają całość.

Pełna recenzja w Taboo.

Duran Duran "Astronaut"

Bardzo sceptycznie jestem nastawiony do tego typu powrotów. Pachnie to dla mnie zawsze skokiem na kasę i próbą zarobienia jeszcze paru monet na powiewach starej popularności, ale Durani zrobili mi psikusa. Zresztą, mówienie o typowym powrocie w ich wypadku nie jest chyba uzasadnione, gdyż zespół funkcjonował właściwie non-stop (choć nie w tym składzie). Gdy więc w końcu wysłuchałem "Astronaut" byłem bardzo mile zaskoczony. Dostaliśmy wyważony, inteligentny pop, z wysmakowanymi nawiązaniami do noworomantycznej melodyki, pulsujący lekkim funkującym rytmem z - będącym ciągle w doskonałem formie - głosem Simona LeBon. Nie ma tu może hitów na miarę moich ulubionych "Come Undone" i "Ordinary World", ale materiał jest dobry i równy.

LESZEK ŻABIŃSKI:

Muzycznie był to rok słaby.
Co oczywiście nie oznacza, że nie znalazło się choć kilka pozycji godnych wzmianki. Znacznie więcej zjawiskowej muzyki słyszałem podczas zeszłorocznego odrabiania zaległości z lat minionych, ale to ani czas, ani miejsce. Może w przyszłości natrafię na jakieś wyjątkowo dobre wydawnictwo z datą 2004, ale na razie jest to ta garstka produkcji. Reszta daleko, daleko w tyle. Kolejność alfabetyczna.

Bola "Gnayse"

Wszyscy naokoło zachwycają się produkcjami typu Boards of Canada, a Bola pozostaje wciąż nazwą mało rozpoznawalną, mimo iż, moim zdaniem, przewyższa autorów "Twoism" nie tylko poziomem swoich wydawnictw, ale przede wszystkim ich miodnością oraz czymś co określiłbym mianem "lasting power". Ta niezwykła soczystość elektronicznych melodii i towarzyszące im niewyobrażalne konstrukcje rytmiczne tłuką się gdzieś w podświadomości nęcąc i kusząc do bezustannego sięgania na półkę. Takiej muzyce nieprędko grozi zapomnienie. Płyta "Gnayse" nie stanowi być może zagrożenia dla swojej poprzedniczki ("Fyuti"), której miano płyty wybitnej bezsprzecznie się należy, ale pamiętajmy, że jest to pozycja bardzo młoda (listopad 2004) i jej eksploracja w tak krótkim czasie jest jeszcze we wczesnym stadium, a podobnie jak inne albumy Darrela Fittona ma ona tendencję do obrastania słuchacza niczym mech. Już dziś mogę jednak stwierdzić, że takie utwory jak "Eluus" czy "Effanajor" to niewątpliwe świadectwa geniuszu angielskiego artysty.

The Gathering "Sleepy Buildings"

Rzecz muzycznie odgrzewana, ale aranżacyjnie i dźwiękowo to dzieło sztuki. Kopalnia piękna i zapierających dech w piersiach klimatów. Panie i Panowie Artyści, wysilcie się choć trochę na swoich koncertach i zaproponujcie swojej publiczności niezwykły i unikalny spektakl zamiast odgrywać/odbębniać niemal nuta po nucie utwory z płyt!

Pełna recenzja w Taboo.

Jesu "Heartache"

W dziale ostrzejszych brzmień gitarowych nie zdarzyło się w minionym roku nic lepszego. Szczerze powiedziawszy nikt nie miał szans. Nawet zaskakująco dobry Isis nie poradził, bo i jak tu konkurować z muzyką oryginalną, świeżą i tak inspirującą jak "Heartache"?

Pełna recenzja w Taboo.

Pass Into Silence "Calm Like a Millpond"

Ambient w wykonaniu tego japońskiego duetu to jak powrót do lat 90-tych i czasów największej świetności frankfurckiej wytwórni Fax. Ileż w tych dźwiękach powietrza, subtelności i ożywczej atmosfery, a zarazem tajemnicy balansującej na granicy z mistyką. "Calm Like a Millpond" nie jest może gejzerem oryginalnych czy wręcz nowatorskich pomysłów brzmieniowych, ale czy jest coś złego w powrocie do starych, klasycznych inspiracji? Szczególnie jeżeli cytowane są z wyczuciem, w pośredni i nienachalny sposób jak na rzeczonym mini-albumie.

Riverside "Out of Myself"

Właściwie jest to pozycja z końca 2003 roku, ale wtedy mało kto jeszcze tę płytę posiadał. Poza tym niegodziwością byłoby o niej nie wspomnieć, bo zaiste jest to kawał świetnej roboty. Aczkolwiek concept-story tego albumu za bardzo mnie nie przekonuje, ale na jakość wokali nie mogę i nie będę narzekać. Muzyka jest wypadkową znanych i klasycznych już właściwie klimatów, ale czuć w tym własne piętno, a całość zagrana jest z werwą i pasją. Polak potrafi, należy rzec. I tylko można rzucać dookoła kurwami czytając w "Polityce" artykuł nawołujący do odświeżenia skostniałej polskiej sceny muzycznej, w którym znawca Pęczak w miejsce tuzów rodzimej pop-szmiry proponuje kolejne polskie inkarnacje brit-popu, hip-hopowe pastisze czy swojskie wcielenia zagranicznych pieśniarzy. Czyżby muzyka artystów pokroju Riverside była na tyle obskurna, że niegodna choćby wzmianki w akapicie tyczącym zdolnych, polskich artystów grających niebanalną i niesztampową muzykę? Najwidoczniej tak. No ale czemu się tu dziwić skoro w ogólnopolskiej prasie muzykę opisują półgłusi redaktorzy dla których synonimem dobrego rocka jest Rolling Stones, a dobrej elektroniki Fatboy Slim, ewentualnie Smolik.

Pełna recenzja w Taboo.

Triola "Im Funftonraum"

Triola na niniejszym wydawnictwie reprezentuje znacznie ciekawszą, pop ambientową, stronę, było nie było kojarzonej głównie z techno, wytwórni Kompakt. "Im Funftonraum" to zestaw niezobowiązujących, rytmicznych kompozycji podanych w lekkim, ambientowo-chillout'owym sosie stanowiących idealną propozycję na popołudniowy relaks w dobrym tonie. Przy okazji nie zaszkodzi zainteresować się niektórymi propozycjami tej kolońskiej wytwórni, bo kiedy świat stoi w miejscu lub kręci się goniąc własny ogon, to właśnie dzięki niemieckiemu rynkowi i tamtejszym wytwórniom w muzyce elektronicznej (a przede wszystkim ambientowej) dzieje się najwięcej i najciekawiej.

EARTHLING:

Zanim przedstawię listę swoich kandydatów, chciałbym przyznać, że miniony rok był niezwykle udany, jeśli chodzi o muzykę. Na scenie muzycznej pojawiło się kilku naprawdę interesujących debiutantów, którzy nagrali bardzo dobre i dobre albumy. Wielu z nich czeka świetlana przyszłość - oczywiście pod warunkiem, że będą się rozwijać. Nie zawiodła również stara gwardia - rok 2004 był nie tylko czasem udanych debiutów, ale również triumfalnych comebacków.

Tyle tytułem wstępu. A teraz do rzeczy - kolejność wymienionych płyt jest zupełnie przypadkowa (no, może poza pierwszą trójką). And the awards go to...

Interpol "Antics"

Tym panom należy się większość pochwał. Za co? Właśnie za Antics - doskonały, przemyślany album stanowiący pewną całość. Niełatwo jest stworzyć takie dzieło, zwłaszcza gdy nagrało się jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat. Na szczęście Nowojorczycy nie dali się zagłaskać do znudzenia powtarzanymi porównaniami do Joy Division i świetnie rozwinęli swój unikalny - choć wyrastający z najlepszych tradycji gitarowego grania - styl. Niewielu "młodym, obiecującym artystom" udaje się stawić czoło tak zwanemu "syndromowi drugiego albumu". Interpol wyszedł z tego obronną ręką. Jedna z trzech najlepszych płyt minionego roku.

Pełna recenzja w Taboo.

The Cure "The Cure"

Powrót w wielkim stylu. Po czterech latach milczenia załoga Roberta Smitha, prowadzona żelazną reką przez producenta Rossa Robinsona, zaskoczyła fanów nowym, cięższym obliczem. Sprytny lider The Cure zagrał na nosie tym wszystkim, którzy spodziewali się kolejnych wersji Disintegration czy Bloodflowers. Cieszy fakt, że Smith nie stoi w miejscu i nie nagrywa kopii wspomnianych wyżej płyt. Cieszy fakt, że facet nie spoczął na laurach i nadal poszukuje. The Cure wymaga czasu, skupienia a niekiedy i cierpliwości. Tak, wiem, że jest to kwestia gustu i nie każdy musi kupić nową wizję muzyki zespołu, ale proszę się przez chwilę zastanowić - czy to źle, że chłopaki ciągle idą do przodu, jednocześnie we wspaniały sposób nawiązując do chwalebnej przeszłości? Osobiście wolę kogoś, kto cały czas poszukuje i czasem odnosi porażki (bo to przecież nieuniknione) niż kogoś, kto w kółko robi to samo i zaczyna zjadać własny ogon. The Cure to jeden z tych nielicznych artystów, którzy mimo ugruntowanej pozycji tak zwanej "legendy", nadal chcą zaskoczyć odbiorcę i zmusić go do wysiłku. I chociażby za to należy ich cenić. I jeszcze jedno - nie, nie interesuje, mnie czy jest to ostatni album The Cure i nie wierzę w to, co mówi Smith :>

Pełna recenzja w Taboo.

I Am X "Kiss + Swallow"

Na początek słówko wyjaśnienia kto kryje się pod tą tajemniczą nazwą, jako że nie jest to grupa bijąca rekordy popularności. I Am X to solowy projekt Chrisa Cornera, wokalisty i gitarzysty Sneaker Pimps. Ponieważ macierzysty zespół Cornera milczy od prawie trzech lat, aktywny lider postanowił stworzyć coś na boku. Efektem poczynań charyzmatycznego muzyka jest przepełniony elektroniką album Kiss + Swallow, łączący klubowe rytmy z elementami typowymi dla Sneaker Pimps (gdzieniegdzie słychać też delikatny wpływ Depeche Mode, ale taki Exciter wypada raczej blado przy tym krążku). Jest to mieszanka iście wybuchowa, a takie kawałki jak Your Joy Is My Low czy utwór tytułowy szybko zagnieżdżają się w czaszce i przez długi czas nie chcą z niej wylecieć. Przebojowa i wyważona, a co najważniejsze - inteligenta muzyka taneczna.

Blackfield "Blackfield"

Formalnie jest to debiut, ale pod szyldem Blackfield kryje się dwóch weteranów sceny muzycznej - izraelski multiinstrumentalista Aviv Geffen oraz Steven Wilson, gitarzysta, wokalista i mózg kultowej już formacji Porcupine Tree. Wspólne dzieło obu artystów to zaledwie dziesięć utworów, trwających niewiele ponad 37 minut. Kompozycje są nieskomplikowane i właśnie w prostocie tkwi ich siła. Dominuje gitara akustyczna, ale czasami pojawiają się cięższe riffy, niekiedy słychać też delikatny fortepian a innym razem - solówki w stylu Davida Gilmoura. Bardzo melancholijna i momentami wręcz ponura płyta, choć mi - paradoksalnie - kojarzy się z wiosną. Jedno nie ulega wątpliwości - Blackfield potrafi uzależnić na długie tygodnie i oczarować niezwykłym, pełnym zadumy klimatem. Geffen i Wilson obiecują, że na jednym wydawnictwie się nie skończy. Ciekawe tylko, czy panom uda się nagrać wspólnie coś na miarę Blackfield.

Kasabian "Kasabian"

A to już stuprocentowi debiutanci. Kasabian to czterech młodzieńców z angielskiego Leicester, którzy arogancją dorównują braciom Gallagher (których uwielbiają), a w zadzieraniu nosa przewyższają nawet lidera Razorlight, Johnny'ego Borrella (którym gardzą). Są usprawiedliwieni, bo nagrali jedną z najlepszych płyt A.D. 2004. Nie jest to ani trochę nowatorskie, ale brzmi niesamowicie świeżo. Muzyka kwartetu w świetny sposób nawiązuje do dokonań Stone Roses, Happy Mondays, Primal Scream i innych przedstawicieli tzw. Madchesteru, nurtu, który wypłynął na przełomie lat 80. i 90. W jednym utworze słychać nawet echa dokonań Davida Bowiego z okresu Trylogii Berlińskiej. Jednak specjalnością Kasabian są zadziorne, transowe numery, w sam raz na szaloną imprezę. Choć przyznam, że debiut Brytyjczyków byłby również świetnym soundtrackiem do… ulicznych zamieszek. Zresztą członkowie grupy znani są z politycznego zaangażowania i ciętego języka. Niezależnie od ich światopoglądu, twórczość Kasabian jest wartością samą w sobie i zasługuje na uwagę. Oby nie była to grupa jednego albumu.

U2 "How To Dismantle An Atomic Bomb"

Drugi po The Cure satysfakcjonujący comeback grupy-legendy (jakiekolwiek komentarze prowokujące do dyskusji czy jest to bardziej grupa-instytucja i że Bono to męczennik-karierowicz, będą ignorowane!). Po miernym All That You Can't Leave Behind sprzed czterech lat i niezbyt ciekawym singlu Vertigo promującym nowy album nie byłem zbyt dobrej myśli. Okazało się jednak, że U2 nadal stanowią silną, dobrze zgraną ekipę, a Bono nie stracił talentu do pisania nośnych, przebojowych kompozycji. Na nowym krążku są co najmniej trzy, które autentycznie powalają i wytrzymują porównanie z takimi killerami jak Where The Streets Have No Name czy The Unforgettable Fire. Podejrzewam, że zawartość How To Dismantle An Atomic Bomb będzie znakomicie sprawdzać się na koncertach, o czym niektórzy przekonają się już za niecałe pół roku.

Scissor Sisters "Scissor Sisters"

Ten album trafił na listę prawie w ostatniej chwili. O Scissor Sisters usłyszałem przy okazji rozdania Brit Awards - ta amerykańska grupa zgarnęła większość głównych nagród, w tym za najlepszy debiut minionego roku. I chociaż zwykle moje preferencje są różne od gustów ludzi odpowiedzialnych za przyznawanie tego typu wyróżnień, tym razem muszę w 100% zgodzić się z decyzją jury Brit Awards. Obecność Scissor Sisters na niniejszej liście odbiera tytuł najlepszego debiutu Brytyjczykom z Kasabian. Co takiego jest w muzyce Sióstr, co zapewniło im tak wielkie uznanie? Z pewnością niezwykły i różnorodny klimat płyty. Słychać, że członkowie zespołu są doskonale obeznani w popkulturze i przesłuchali niezliczoną ilość najróżniejszych longplayów. Muzyka Scissor Sisters aż kipi od zapożyczeń - słychać tu nie tylko disco w stylu Chic i Bee Gees (!), ale również glam spod znaku Davida Bowiego i Roxy Music, w jednym kawałku styl jak żywo przypomina Talking Heads, inny zaś stanowi połączenie Eltona Johna i… Rolling Stones. Jakby tego było mało, na albumie znalazł się również cover flojdowskiej ballady Comfortably Numb, przerobiony na modłę Pet Shop Boys i zaśpiewany falsetem! Profanacja klasyki? Bezczelne nabijanie się? Ależ skąd! Raczej murowany hicior świadczący o dużym dystansie muzyków Scissor Sisters do tak zwanej "tradycji". W tym szaleństwie naprawdę jest metoda - sprawna żonglerka stylami przynosi doskonałą, lekką mieszankę tego, co najlepsze z tak popularnej ostatnio mody na retro. Scissor Sisters to album idealny nie tylko na imprezę, ale również na letni spacer po mieście.

Pełna recenzja w Taboo.

Cranes Particles & Waves

Cranes wydali kolejny album, który chyba ostatecznie przekreślił szanse wyjścia zespołu z tak zwanego podziemia. Nie da się bowiem ukryć, że dowodzona przez rodzeństwo Shaw formacja od dawna stoi jakby z boku muzycznej sceny, nie bacząc na panujące trendy, listy przebojów i cały ten blichtr mainstreamu. I jest to postawa najlepsza z możliwych, bo pozwala skupić się artystom na tym, co najbardziej istotne - czyli na muzyce. A ta w wykonaniu Cranes jest niezmiennie piękna. Particles & Waves jest logiczną kontynuacją poprzedniego albumu Żurawi - Future Songs - subtelne dźwięki elektroniczne łączą się z tradycyjnym instrumentarium, nadając w ten sposób utworom niepowtarzalnego klimatu. Przeważają senne, zwiewne kompozycje ozdobione anielskim wokalem Ali Shaw. Jednym słowem określić się tego nie da, ale muzyka Cranes sprawia wrażenie, jakby była z innego świata - na pewno bardziej melancholijnego, ale jednocześnie piękniejszego.

Duran Duran Astronaut

Ostatni na niniejszej liście zespół, który może poszczycić się zadowalającym powrotem na muzyczną scenę. Formalnie Durani istnieją nieprzerwanie od ponad 25 lat, ale w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku często zmieniali skład, by ostatecznie stać się triem. Nagrali w tym czasie kilka albumów, z których każdy kolejny cieszył się coraz mniejszym zainteresowaniem. Po wydaniu Pop Trash w 2000, który był komercyjną klęską, ekipa Simona Le Bon zamilkła na cztery długie lata. Warto było jednak czekać - nie tylko dlatego, że Duran Duran nagrali świetną, przebojową płytę, ale również dlatego, że grupa znów występuje w swoim oryginalnym (czytaj: najlepszym) składzie! Astronaut jest prawie tak dobra, jak klasyki pokroju Rio i The Wedding Album - najbardziej cenione pozycje w dyskografii Anglików. Głos Le Bona znów brzmi pociągająco i świetnie współgra z dynamicznym podkładem muzycznym (niepowtarzalny bas Johna Taylora znów atakuje!). Bujająco-funkujący album, którym Durani potwierdzili swoją klasę i talent do tworzenia niebanalnych przebojów.

Skalpel Skalpel

Jedyny w zestawieniu polski akcent. Skalpel to dwóch utalentowanych DJ-ów i producentów - Marcin Cichy i Igor Pudło. Ci dwaj Wrocławianie są wielkimi fanami polskiego jazzu z lat 60. i 70., ale lubują się również w dźwiękach bardziej nowoczesnych. Postanowili połączyć swoje fascynacje i stworzyć z nich nową jakość. Pod szyldem Skalpel nagrali najpierw EP-kę, a następnie płytę długogrającą zatytułowaną po prostu Skalpel. I byliby pewnie jednymi z wielu "młodych, dobrze zapowiadających" się twarzy na rodzimej scenie nowych brzmień, gdyby nie zainteresowała się nimi legendarna brytyjska wytwórnia Ninja Tune, odpowiedzialna za kariery takich gwiazd elektroniki jak Amon Tobin, Coldcut czy DJ Vadim. Szefowie wytwórni wprost zachwycili się demówką przesłaną przez Cichego i Pudła i niemal z miejsca zaproponowali im podpisanie kontraktu. Skalpel stał się tym samym pierwszą polską formacją, której udało się dostać do Ninja Tune. I nie ma w tym nic dziwnego - muzyka Polaków w niczym nie ustępuje twórczości osławionego Cinematic Orchestra, a miejscami ją nawet przerasta. Zbudowana jest zresztą na podobnej zasadzie - Skalpel wypełniają w głównej mierze porywające kolaże połamanych podkładów i kojących rytmów z samplami polskich nagrań jazzowych sprzed kilkudziesięciu lat (m.in. Krzysztof Komeda i Michał Urbaniak). A to wszystko okraszone pełnymi uroku trzaskami jak z płyty winylowej. Jednak przyklejanie Skalpelowi etykietki z napisem "electro-jazz" byłoby niesprawiedliwością, bo zainteresowania duetu są szersze. Bardzo relaksujący album. Polak jak chce, to potrafi.

That's all, folks. A teraz najwyższy czas, by pingwin na państwa telewizorze eksplodował.

REMINGTON STEELE:

Marillion "Marbles"

Mimo zmian stylistycznych i personalnych, Marillion nadal nagrywa albumy, które potrafią zadowolić nawet najbardziej wybrednego słuchacza i nie ogląda się za siebie, a "Marbles", trzynasty album w karierze zespołu (w tym wypadku liczba ta nie jest pechowa, zresztą we Włoszech na przykład 13 oznacza szczęście, pechowa jest siedemnastka), dowodzi szczytowej formy muzyków, a różnorodność pomysłów przenosi ich twórczość na różne obszary, sprawiając że całość jest spójna, konsekwentna i zachwyca przepięknymi pasażami melodycznymi co przekonało wielu niedowiarków, którzy dawno spisali zespół na straty.

Iq "Dark Matter"

Iq jest zespołem grającym od ponad ćwierć wieku to samo. Niemniej jednak potrafi stworzyć materiał, który mimo wtórności zachwyca bogactwem szczegółów, znakomitych melodii oraz przepięknych crescend i - w przeciwieństwie do podobnych płyt innych grup - nie krąży po oceanach nudy.

Pełna recenzja w Taboo.

Ray Wilson "The Next Best Thing"

Można tylko podziękować panom Tony'emu Banksowi i Mike'owi Rutherfordowi za ich "pomyłkę". Ray bowiem zdążył się już dawno pozbierać po rozczarowaniu jakie go spotkało gdy został wyrzucony z Genesis i zaczął tworzyć pod własnym nazwiskiem a "The Next Best Thing" jest dowodem muzycznego rozwoju oraz dobrej formy.

Pełna recenzja w Taboo.

Tony Banks "Seven(A Suite For Orchestra)"

Prawie dziesięć lat kazał nam Tony czekać na kolejne solowe dzieło. Tym razem postanowił, że skomponowaną przez niego muzykę zagra... orkiestra. Wyszło to znakomicie, a sam artysta twierdzi, że "Seven" to w 100% on.

Blackfield "Blackfield"

Pomiędzy "In Absentia" a mającym wkrótce się ukazać "Deadwing", lider Porcupine Tree Steven Wilson nagrał album wraz z artystą z Izraela, Avivem Geffenem. "Blackfield" w mocnym stopniu przypomina dokonania macierzystej formacji Wilsona, jednak utwory są prostsze i krótsze, dzięki czemu udało się Stevenowi przyciągnąć słuchaczy, którzy na co dzień nie stykają się z gatunkiem muzycznym do którego zaliczają się Jeżozwierze. Członkowie duetu określają swoje dzieło jako coś w stylu Radiohead z jednej strony a z drugiej jako połączenie stylów Pink Floyd i Electric Light Orchestra.

Interpol "Antics"

Amerykańska grupa Interpol powraca po dwóch latach od ukazania się "Turn On The Bright Ligths" kontynuując drogę rozpoczętą na tamtym albumie i tworząc bardziej zwarte i dojrzałe muzycznie dzieło. Jeśli komuś to się spodoba - wyśmienicie, jeśli nie - trudno. Jedno jest jednak pewne - nikt nie przejdzie obok "Antics" obojętnie.

Pełna recenzja w Taboo.

Riverside "Out Of Myself"

Warszawska formacja Riverside zadebiutowała albumem, gdzie nawiązuje do twórczości takich gigantów jak Genesis, Pink Floyd czy Marillion, jednak ich muzyka nie brnie w rutynę a utwory zamieszczone na krążku nie są zlepkiem przypadkowych pomysłów i nie sprawiają wrażenia jakoby muzycy mieliby grać cały czas ten sam utwór. Przeciwnie, są przykładem wspaniałej struktury muzycznej i zachwycają wielowymiarowością pomysłów oraz przepięknymi harmoniami.

Pełna recenzja w Taboo.

Duran Duran "Astronaut"

Sensacyjny powrót legendarnej brytyjskiej formacji i to w składzie z pierwszej połowy lat 80! Zaowocował on nagraniem miłego albumu, który nawiązując do starych przebojów Duran Duran posiada nowoczesne brzmienie i wszystkie współczesne gwiazdki powinny uczyć się od Duranów jak powinno grać się dobrą muzykę rozrywkową.

Koncerty roku:

1.Marillion, 16.05., Filharmonia Pomorska, Bydgoszcz
2.Blackfield, 14.12, Kuźnia, Bydgoszcz

Debiut roku:

Riverside

Rozczarowanie roku:

1. Ceny płyt i biletów na koncerty
2. Brak koncertu Phila Collinsa w Polsce
3. Brak koncertu Raya Wilsona w Polsce
4. Bezsensowne przeróbki starych przebojów
5. Coraz większy wzrost przewagi głównego nurtu muzycznego nad peryferiami mimo doskonałego poziomu muzyki z działu niszowego

Oczekiwania na 2005 rok:

1.Więcej koncertów w innych niż Bydgoszcz i Kraków miastach w Polsce
2.Nowy album studyjny Davida Bowie
3.Nowy album studyjny Riverside
4.Nowy album studyjny Blackfield
5.Nowy album studyjny Porcupine Tree

RADEK PASTERNAK:

Mimo ogólnoświatowej recesji na rynku muzycznym, miniony rok obfitował w ciekawe wydawnictwa. Jak to zwykle bywa, nie udało mi się dotrzeć do tych, które zapewne mogłyby mieć znaczący wpływ na to podsumowanie. Muszę jednak z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że większość z płyt, które dane mi było usłyszeć, zadziwiła mnie wysokim poziomem, dlatego pozwoliłem sobie wyróżnić aptekarską ilość pozycji, ważnych z powodów nie tylko ściśle muzycznych.

Jesu "Heartache"

Długo nie mogłem się otrząsnąć po niespodziewanym rozwiązaniu Godflesha, w dodatku poprzedzonym genialną płytą "Hymns". Niezmordowany Justin Broadrick przywrócił mi jednak wiarę w lepszą przyszłość, powołując od życia całkiem nowy projekt. Pomysły na muzykę i miażdżące brzmienia jakby znajome, zadziwia natomiast obecność esencjonalnych elementów psychodelii, znanej jeszcze z czasów pre-industrialnych.

Pełna recenzja w Taboo.

Maciej Staniecki "To co nieokreślone"

Triphop? Ambient? Dub? Hmmm, chyba wszystko to na raz, plus ciepłe, absolutnie nienachalne partie gitar. "To co nieokreślone" jest pomostem pomiędzy najlepszymi osiągnięciami współczesnej elektroniki oraz popem. W pełni instrumentalna płyta, której chwytliwe motywy łapią za serce i nie dają spokoju. Ambitna i jednocześnie lekka muzyka XXI wieku. Dlaczego to nie leci w radiu???

Scorn "List of Takers"

Dużo oczekiwałem od tej płyty. Zbyt dużo... Wyobrażałem sobie spokojne, monotonne i ciężkie bujanie z czasów "Gyrala", okraszone niesamowicie chwytliwymi motywami zasłyszanymi na Hed Nod Sessions. Mick Harris postawił natomiast na brutalność i prostotę, dając mi solidnego prztyczka w nos. "List of Takers" to mocna pozycja, ale ja niecierpliwie czekam na następną - mam nadzieję, że również w barwach Vivo Records!

Pełna recenzja w Taboo.




Redakcja

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Skomentuj tekst

Ilość komentarzy: 0


[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
Scorn 'List of Takers'
  Scorn 'List of Takers'

"...Najbardziej brakuje mi tu dub-hopowego feelingu prowokującego do rytmicznego kiwania głową, słychać za to wpływy masywnego breakbeatu i bigbeatu. Czyżby zapowiedź de-ewolucji w stronę wcześniejszych dokonań - dajmy na to - Chemical Brothers?!? Oby nie... Chwilami mam też nieodparte wrażenie, że autor zatoczył pełne koło i słucham sobie spokojniejszych dokonań starego Napalm Death (tego z Harrisem za garami właśnie)..."
Czytaj więcej

  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff