Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron




Slowdive "Catch The Breeze" (2005)
(Sanctuary)



CD1
1. Slowdive
2. Avalyn I
3. Morningrise
4. Catch The Breeze
5. Golden Hair
6. Shine
7. Albatross
8. Golden Hair (BBC Peel Session)
9. Spanish Air
10. So Tired
11. Alison
12. Country Rain
13. Machine Gun
14. When The Sun Hits

CD 2
1. 40 Days
2. Souvlaki Space Station
3. Dagger
4. Here She Comes
5. Melon Yellow
6. Sing
7. Blue Skied An' Clear
8. Crazy For You
9. J's Heaven
10. Visions Of LA
11. Rutti

Z nieukrywanym smutkiem, już na wstępie założyć muszę, że większość Czytelników Taboo nie skojarzy nazwy Slowdive w ogóle. Zastanawiam się, co takiego musiałbym napisać o tej wyjątkowej formacji, aby choć trochę zmienić ten stan rzeczy. Zacznę więc od tego, że moim zdaniem, Slowdive to jeden z najbardziej wpływowych zespołów ostatnich 15 lat. Niestety, zespół ten jest dziś zarazem jednym z najbardziej niedocenionych i zapomnianych. Nie muszę więc pewnie dodawać, że fakt ukazania się niedawno kompilacji "Catch The Breeze" był dla mnie niesamowicie miłym zaskoczeniem. Być może przyczyni się on nieco do przypomnienia sobie o nich i oddania im należytego muzycznego hołdu.

No cóż, przez ten wstęp zrobiło się nieco podniośle i patetycznie, a chciałem tego uniknąć. Pewnie część z Was już do grupy zniechęciłem, ktoś powie "Eee, ten redaktor prawi jakieś banały, tak czasem się mówi o co drugim zespole!". No tak, z takim nastawieniem, może faktycznie lepiej dać sobie spokój z dalszą lekturą. Mógłbym oczywiście argumentować, że niejednej już płyty w życiu wysłuchałem z niejednej muzycznej szufladki, że na niejednym koncercie byłem, więc jestem raczej ostrożny w formułowaniu sądów o "wpływowości" i "kultowości" danych zespołów, ale wówczas ktoś posądzi mnie znowuż o zadufanie w sobie i przekonanie o własnej nieomylności. No ładnie, teraz to już pewnie straciłem nawet tych ostatnich czterech wytrwałych Czytelników.

Cholera, już dwa akapity za mną, a ja ciągle - niczym jakiś indolent i gołowąs - nie dotarłem wciąż do sedna, a tylko krążę wokół niego. Ale nie jest to takie proste, gdy przychodzi zmierzyć się z napisaniem słów kilku o jednej ze swoich ulubionych grup. Grup, o której dziś już prawie nikt nie pamięta, a której muzyka ciągle wywołuje we mnie jedne z najsilniejszych emocji. Slowdive istniał raptem kilka lat, zaczynając pod koniec lat osiemdziesiątych. Wówczas to, na Wyspach rodziły się najciekawsze i najbardziej inspirujące zjawiska w muzyce rockowej. Shoegaze (shoegazer) to było właśnie jedno z nich. Nazwa "shoegaze" dla określenia tego właśnie nurtu z początku ubiegłej dekady, wzięła się od sposobu w jaki ci młodzi muzycy zachowywali się na scenie. Stali oni bowiem najczęściej nieruchomo z gitarami, skupieni na swojej introwertycznej muzyce, ze wzrokiem wbitym w ziemię (tam też mieli często umiejscowione specjalne pedały, które uruchamiały nakładanie pogłosów, ech i różnych efektów dźwiękowych na gitary). "Wpatrują się w swoje buty" - napisał wówczas któryś z krytyków muzycznych i tak już zostało. Był to oczywiście stereotyp, ale nazwa się przyjęła. Jednak zachowanie wykonawców na koncertach, nie miała - rzecz jasna - żadnego znaczenia. Stanowiło jedynie nic nie znaczący gadżet, shoegazer to była przede wszystkim niebanalna muzyka rockowa (często z elementami elektroniki), w której najważniejsza rolę odgrywała przestrzeń i charakterystyczna oniryczna atmosfera. Brzmienie było najczęściej bardzo zagęszczone, z mnóstwem nałożonych na siebie gitarowych warstw, które płynnie łączyły się i rezonowały, zlewając się ze sobą w jeden muzyczny syrop. Wokale, schowane gdzieś głęboko w tle, czasem pełniły rolę instrumentów, słowa rozmywały się w pogłosach i echach. Wszystko to zaakcentowane było przez transową sekcję rytmiczną. Jednak jasno trzeba sobie powiedzieć, że te długie gitarowe sprzężenia przesterowanych gitar, szumy i nakładane efekty nie miały powodować hałasu i męczącego zgiełku. Założeniem shoegazerów było bowiem budowanie, dzięki tym zabiegom, muzyki sennej, atmosferycznej, "pływającej", kojącej, "uśmieżającej" i uspokajającej. Muzyki do marzeń, snów i introspektywnych wędrówek w głąb siebie. Ponadto, duży nacisk kładziono na melodię, która stanowiła rdzeń najlepszych kompozycji tego typu. Scena shoegazer była bardzo zróżnicowana, różne formacje eksponowały i rozwijały wymienione wyżej cechy z różną intensywnością, nierzadko wnosząc do tej układanki nowe elementy. My Bloody Valentine, czyli jedni z pionierów ruchu, w muzyce postawili na wszechobecne, nieco zamglone, psychodeliczne rozmycia, gdzie trudno wyłowić poszczególne warstwy i dźwięki. Ride, grał bardziej konwencjonalnie, piosenkowo z masywną transową rytmiką. Lush, z kobiecym wokalem zbliżał się nieco do Coctau Twins, i ocierał o bardziej popowe rejony. The Verve (ale tylko na pierwszej płycie) czerpał ze spacerocka, i tak mogłbym pisać dalej o The Curve, Pale Saints, The Telescopes, Adorable, Blind Mr. Jones, Chapterhouse, Secret Shine, Catherine Wheel i innych... Jako, że nie ma to być jednak tekst poświęcony opisowi tej sceny (choć i na to przyjdzie pewnie kiedyś czas), czas przejść do rzeczy.

Slowdive był jednym z najważniejszych zespołów wywodzących się ze wspomnianego nurtu. Zdecydowanie najoryginalniejszy i grający najbardziej zróżnicowaną muzykę, lśnił na tej muzycznej mapie niczym diament. Brytyjczycy pozostawili po sobie właściwie tylko trzy pełne płyty (+ kilkanaście EPek i innych mniejszych wydawnictw), ale ich spuścizna ciągle robi na słuchaczach niemałe wrażenie. Niełatwo opisać muzykę zespołu. To jak obcowanie z czymś magicznym. To echa nakładanych na siebie warstw gitar, które, jak pajęczyna oplatają melodię, to sposób wynurzania się wokali, przypominający głosy odległych aniołów. To oczywiście Neil Halstead i Rachel Goswell, czarujący swym śpiewem, bez względu na to, czy robią to tym swoim "dwugłosem", czy solo. To klimat, to atmosfera. Wszystko to powoduje, że obcując, ze Slowdive zatapiamy się i zanurzamy powoli w fale sennej, urzekającej, zmysłowej melodii, w sam środek mglistego, narkotycznego piękna. Zamykamy oczy, przestajemy walczyć i poddajemy się oddziaływaniu tych wizjonerskich dźwięków. Czasem, po prostu dryfujemy, leniwie, ospale, zanurzając się i nurkując głębiej w ten marzycielski eliksir, ale zdarza się, że znosi nas w nieznane, a gdy otwieramy oczy, jesteśmy w środku sztormu, pośród mroku i ciemności. Na tym właśnie polega, między innymi, magia zespołu, ich kompozycje są senne i leniwe, ale czasem potrafią zmiażdżyć słuchacza swą siłą i motoryką. Sny, marzenia, koszmary... pewnie nie bez powodu określa się muzykę Slowdive także i mianem dreampopu (czasem można spotkać też okreslenia blissrock, etherpop czy ambientpop). "Catch The Breeze" to doskonały przekrój przez twórczość grupy. To dwupłytowe wydawnictwo, zawiera aż 35 utworów, uszeregowanych chronologicznie. Większość nagrań z pierwszego krążka to kompozycje, które dotychczas pojawiły się na EPkach, reszta to już wybrane nagrania z trzech regularnych płyt. Tym samym zadowoleni będą i starzy fani (choć oni pewnie, tak jak i ja, mają już w swojej kolekcji nawet te trudniej dostępne piosenki), ale i osoby, które stykają się z nazwą po raz pierwszy (a tych będzie z pewnością większość). Niemożliwością jest wyróżnienie kilku najlepszych fragmentów, "Catch The Breeze" to bowiem przykład skończonej i kompletnej doskonałości, bez żadnego słabego punktu. Kompozycje ilustrują dokładnie to, o czym pisałem, charakteryzując muzykę brytyjczyków. Płyty słucha się jak całości. Kompilacja pokazuje rozmaite rejony jakie z wyczuciem eksplorowała formacja. Shoegazerowe kamienie milowe gatunku, transowe hymny, czasem prawie konwencjonalne i popowe piosenki, ambientowe wycieczki (dobry znajomy zespołu Brain Eno miał tutaj także swój wkład), spacerockowe, "powietrzne" wędrówki, ballady, a wszystko to zawsze z doskonałą melodią i wspólnym mianownikiem, który nie pozwala nam pomylić zespołu z żadnym innym. Czasem jest marzycielsko, pastelowo, sennie, czasem zaś dominuje urzekająca melancholia, smutek i mrok. W obu przypadkach nie sposób jednak odmówić tej muzyce ocierania się o prawdziwe piękno.

"Catch The Breeze" to zatem kawał niesłychanie dobrego materiału. Myślę, że każdy wrażliwy fan muzyki powinien Slowdive przynajmniej poznać. Formacja ta odcisnęła spore piętno na późniejszych zespołach i rozmaitych muzycznych kierunkach. Czy będzie to oczywiście, wciąż popularny dreampop, czy post-rock z pod znaku Sigur Ros, Mogwai czy The Appleseed Cast, czy ta jego bardziej slowcorowa odmiana (Early Day Miners, Aarktica), czy nowa elektronika (Boards of Canada, M83), czy klimatyczny rock (Piano Magic, Porcupine Tree), senny avant-pop/nu-gazer (The Radio Dept, Pluramon) czy nawet gotyk (An April March, Faith & Disease), jej wpływ nie podlega dyskusji. Absolutny kanon i rzecz kultowa.

Ocena: 10 / 10



Tomasz "Slay" Pacyna
slay(at)post.pl

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Skomentuj tekst

Ilość komentarzy: 6


[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
Division by Zero 'Tyranny of Therapy'
  Division by Zero 'Tyranny of Therapy'

"..."Tyranny of Therapy" stanowi w sferze tekstowej kontynuację "Out of Body Experince", w której bohater rozważał sens swojego istnienia, nie widząc dla siebie miejsca ani w świecie doczesnym, ani nawet w zaświatach. Mamy tam również zarysowaną jego historię, choć wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych. Rozważania podjęte na ToT trwają od wieczora, przez noc, do rana (chciałoby się powiedzieć: od zmierzchu do świtu)...."
Czytaj więcej

  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Stephen King "Mroczna W...
  Stanley Kubrick
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Nightwish "Once"
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Nightwish "Once"
  Ukulturalnianie przez f...
  Katatonia - Night Is Th...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff