Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron




Depeche Mode "Playing The Angel" (2005)
(Mute)



Skład: Dave Gahan, Martin Gore, Andrew Fletcher
Producent: Ben Hillier

1. A Pain That I'm Used To
2. John The Revelator
3. Suffer Well
4. The Sinner In Me
5. Precious
6. Macro
7. I Want It All
8. Nothing's Impossible
9. Introspectre
10. Damaged People
11. Lilian
12. The Darkest Star

"A kogo obchodzi pierdolone Depeche Mode!?" - krzyczał jeszcze nie tak dawno, podczas trasy promującej płytę solową, Dave Gahan. Jasne, miał ku tego prawo, ale gdy podczas bisów wykonywał utwory z repertuaru swej macierzystej formacji, robił z siebie, delikatnie mówiąc niekonsekwentnego błazna, pociąganego za sznurki pychy i megalomanii. Woda sodowa uderzyła mu do głowy, jednak, gdy z każdym kolejnym miesiącem stawało się coraz bardziej jasne, że jego "Paper Monsters" jest po prostu miałki i słaby, wypowiedzi Gahana traciły na ostrości... W tym samym czasie, jak wiemy, swój album, zrealizował także Martin Gore. "Counterfeit2" był z pewnością ciekawszy niż PM, jednak i jemu czegoś brakowało. Trzeci z trójki - Andrew Fletcher, oprócz pieniędzy na operację odsysania tłuszczu z pośladków, nie wydał nic, tylko spokojnie czekał. Czekał, aż dwójka frontmenów pogodzi się i zacznie prace nad kolejnym krążkiem pod szyldem DM. Fletch oprócz czekania, niewiele mógł zresztą zrobić, gdyż jak wiadomo, jego funkcją w zespole jest podpisywanie czeków, klaskanie na koncertach i potykanie się o zwoje kabli na scenie (no dobra, zajmował się także swoją małą wytwórnią). No i panowie pogodzili się. Chyba przez te czeki właśnie. Solowe porażki artystyczne i nieco odchudzone przez ten fakt portfele, spowodowały, że oponenci zapomnieli o starych waśniach, co zaowocowało najpierw wydaniem odświeżonych płyt z remixami, a później pełnym albumem studyjnym. Tak właśnie - w nieco karykaturalnym skrócie - powstał "Playing The Angel".

fot. EMI Music Poland


Oczywiście od razu w skrajnie prawicowych, tfu, depeszowych mediach pojawiły się recenzje pisane z pozycji kolan, tfu, raczej pozycji leżenia krzyżem i okrzyki, że PTA to najlepszy album DM od czasów "Violatora", "Black Celebration", czy nawet od daty ostatniej udokumentowanej depilacji pachwin Marii Kaczyńskiej. Natomiast we wrogich obozach, zarzucono DM wtórność i stagnację. Jaka zatem jest prawda? Niestety, proszę wybaczyć banał i sztampę, ale prawda leży pośrodku. "Playing The Angel" to album solidny, całkiem niezły, ale na pewno nie powalający. Nie mniej, stawiam go i tak w zbiorze tych bardziej udanych dokonań Brytyjczyków. Nowa płyta pokazuje, że panowie starzeją się godnie i jeszcze nie całkiem starają się odcinać kupony, od swych wcześniejszych dokonań - choć nie w pełni im to już wychodzi. Ale nie jest to już także niestety żaden muzyczny przełom, czy powiew świeżości. Czy jest to jednak przysłowiowe zjadanie własnego ogona? Odpowiedź nie może być jednoznacznie twierdząca. Jestem bliski opinii, że "Playing..." to, mimo wszystko, próba wydobycia czegoś nowego ze starej, ogranej depeszowej estetyki. To taki jakby muzyczny recykling, przefiltrowany nieco przez nowsze brzmienia, dający w efekcie bilans dodatni.

Hałaśliwy opener "A Pain That I'm Used To" to właśnie pierwsze takie muzyczne spojrzenie wstecz. Dźwiękowa retrospekcja nie sięga tutaj daleko, bo jedynie do czasów "Excitera", a dokładniej brudnego, zadziornego "Dead Of Night", zaś spokojniejsze fragmenty i delikatne gitary akustyczne to powtórka z "Ultry". Spotkałem się z wieloma opiniami, że w "A Pain..." słychać wyraźne wpływy Nine Inch Nails, co jednak jest chyba nieco przesadzone, choć te dynamiczne eksplozje kakofonicznych kaskad, to nieczęsto spotykane środki wyrazu w muzyce DM. Jednocześnie "A Pain..." definiuje jakby brzmienie całej płyty i zapowiada z czym będziemy mieć do czynienia. Dużo analogowej retro-elektroniki, swoistych zabrudzeń dźwiękowej faktury (na pewno nie znajdziemy tu muzycznej sterylności "Violatora"), niemało hałaśliwych "przeszkadzajek" ze stosunkowo niewielkim wykorzystaniem czystych gitar (częściej gitary występują w formie znacznie przetworzonej), brak żywej perkusji i dużo beatów. Klimatycznie płyta jest ciemniejsza i refleksyjna. PTA to także materiał bardzo spójny jako całość, i świetnie wyprodukowany, na co z pewnością wpływ miał Ben Hillier. Ten facet pracujący wcześniej nad brzmieniem bardziej rockowych zespołów takich jak The Doves, Elbow czy Blur, paradoksalnie potrafił świetnie odnaleźć się w także elektronice, za co szacunek się należy. Tekstowo depesze na "Playing The Angel" obracają się w typowych dla siebie wątkach, choć może z nieco większym naciskiem na tematy wiary (choć i to już u nich było). Tak więc poziom został utrzymany, choć przyznam, że gdy prawie 45-letni Gahan śpiewa dziś, o "śmiercionośnej sukience", to ja już tego nie kupuje.

Mało tu wesołych pląsających fragmentów, a i o typowe przeboje nie będzie łatwo (co dla mnie akurat jest plusem). Takim wyjątkiem potwierdzającym regułę i prawdziwym hitem jest bez wątpienia "Precious". Już po pierwszym przesłuchaniu, wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, zanim wejdzie on do depeszowej klasyki i stanie się przebojem. "Precious" zawiera to wszystko, co najlepsze w muzyce Depeche Mode. Intrygującą, przebojową (ale podaną w inteligentny i nienatarczywy sposób) melodię. Elektroniczno-popową, cyfrową, ale pełną emocji melancholię i czysty, pewny, melodyjny głos Gahana. Jest to także przykład utworu, który równie dobrze Gore mógłby napisać 15 lat temu. Innym potencjalnym hitem (choć już mniejszego kalibru) może być "Lillian", dynamiczny, szybki i bardzo "retro-sounding" z linią melodyczna przywodzącą na myśl leciwy i zapomniany "Sea of Sin". Ostrzejszą stronę "Ultry" przywołuje z kolei "The Sinner In Me" - jedna z najciekawszych kompozycji. Niepokojący, z ciekawymi rozwiązaniami dźwiękowymi ("Painkillerowe" zabrudzenia), intrygującą budową i dobrymi wokalizami.

Na uwagę zasługuje fakt, że po raz pierwszy w historii muzyki DM na płycie zespołu znalazły się także nagrania Gahana, dokładnie 3. Niesłychane, ale ćwierć wieku pan Dave czekał, aby się muzycznie otworzyć pod szyldem DM. Już jego album solowy był zwiastunem owej metamorfozy, dowodu na to, że ciągłe skakanie na scenie i śpiewanie nie swoich tekstów może być ciut frustrujące. To dobrze, gdyż taki na przykład Fletch już na dobre zaakceptował funkcję "statywu przy klawiszach". 3 kompozycje Gahana można określić tak: jedna niezła, jedna słaba i jedna średnia. Pulsujący przyjemną retro motoryką "Suffer Well", to ten najbardziej udany, zaś wymuszony i nieco monotonny "Nothing's Impossible" to ten najsłabszy. Ostatni z trójki, "I Want It All" brzmi zaś trochę jak brakujący utwór z sesji nagraniowej do "Paper Monsters", lub te mniej udane ballady z "Excitera". Leniwie płynący, spokojny z tempem jak "All Is Full of Love" Bjork, sprawia wrażenia raczej wypełniacza, choć w drugiej części nadrabia ambientalną przestrzenią i ciekawą zmianą klimatu. Ogólnie nie są to arcydzieła, ale bez wątpienia pasują stylistycznie do całości materiału. Dwa kawałki, które śpiewa Gore, nasuwają z kolei analogię do dźwiękowej aury z "Counterfeit 2". Cechują je powolne tempa, nieco balladowe i mocno elektroniczne aranże. Ciekawszy wydaje się "Macro" (czyż nie zaczyna się jak "In Your Room"?) z chłodnymi plamami, ładnym refrenem i całkiem niezłą dramaturgią, choć momentami ten charakterystycznie wibrujący głos sprawia, że uzasadnione są obawy, czy oby za moment nie poczujemy na twarzy wystrzelonych, wibrujących migdałków samego Gore'a.

Całości dopełniają "John The Revelator" - nieco bladsza i bardziej hałaśliwa powtórka z "Personal Jesus" z soulowo-gospelowymi chórkami, "Introspectre", czyli smakowita ambientowa, bezwokalna miniaturka (znów jak z "Ultry"), no i "The Darkest Star". Najlepszy to kawałek na PTAku, a zarazem najdłuższy, najbardziej refleksyjny i ponury. Znakomite zakończenie albumu ze sporą dawką smutku i zrezygnowania bijącego z głosu Gahana, a elektroniczne dźwięki pianina, przeplatane cyfrowymi dysonansami, wzmagają niepokój. I właśnie przez takie utwory mam taki problem z tymi depeszami... No bo jak można ich choć trochę nie lubić, gdy serwują nam czasem takie sugestywnie pulsujące, powolne i klimatyczne dźwięki?

Ocena: 7.1 / 10



Tomasz "Slay" Pacyna
slay(at)post.pl

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Skomentuj tekst

Ilość komentarzy: 6


[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
Godflesh 'Love and Hate in Dub'
  Godflesh 'Love and Hate in Dub'

"...Tym razem automat nadaje nie tylko rytm ale swoistą melodykę utworom, oczywiście nie brakuje ani gitar ani klawiszy ale gitary są wyraźnie wyciszone...."
Czytaj więcej

  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff