Katatonia "The great cold distance" (2006)
(Peaceville)
|
|

Jonas Renske - wokal/gitara
Anders Nyström - gitara/klawisze
Fred Norrman - gitara
Mattias Norrman - bas
Daniel Liljekvist - perkusja
|
1. Leaders
2. Deliberation
3. Soil's song
4. My Twin
5. Consternation
6. Follower
7. Rusted
8.I ncrease
9. July
10. In the white
11. The itch
12. Journey through pressure
|
Przyznam szczerze - do Katatonii zawsze miałem stosunek przerywany. Zawsze kojarzyła mi się z mniej udanym klonem Anathemy, dojrzewającym zresztą z tą samą prędkością i intensywnością. A jako, że na temat bliźniactwa od jakiegoś czasu zdanie mam wyrobione - bez specjalnego entuzjazmu zabrałem się za przesłuchiwanie nowego albumu zespołu. No i… zawiodłem się. Pozytwnie. Bo "Great cold distance" - jestem tego pewien jak tego, że Lenin wciąż żyje wśród nas - będzie pretendował do metalowej płyty roku. Natomiast ja osobiście do jedynych zapamiętanych na dłużej piosenek Katatonii - "Criminals" i "Ghost of the sun" (zapewne dlatego, że oprócz zgrabnych melodii w uszy rzucały się tak miłe dla ucha "fucki") dodałem już kilka nowych, z którymi na dzień dzisiejszy nie mógłby konkurować nawet wspólny undergroundowy projekt Ich Troje i Fasolek.
Ta płyta wciąga. Nie da się jej wysłuchać jeden jedyny raz, choćby z tego prostego powodu, że osoby, które takiej muzyki nie trawią wyłączą ją po usłyszeniu pierwszych dźwięków. Z kolei odbiorcy bardziej wyrobieni wszystkie smaczki odnajdą dopiero, gdy krążek w odtwarzaczu zamieni się w kawałek porysowanej, stopionej materii o walorach estetycznych porównywalnych do posłanki Beger w trakcie największej aktywności kurwików. Zaręczam, iż wszystkim, którzy ośmielą się włączyć nową Katatonię co najmniej kilka razy, śmiało można będzie na mózgu wytatuować jeden wielki napis: "The great cold distance". Ja już taki mam, co przyprawia mnie o dumę niewyobrażalną.
Ta płyta zasmuca. Przynajmniej osoby, które są do tego zdolne. I choć mi osobiście tego typu stany psychiczne są bliskie jak Kazimierze Szczuce chęć ugotowania obiadu mężczyźnie, jestem w stanie wyobrazić sobie reakcję neurotycznej części naszego społeczeństwa. Głos Jonasa Renske nigdy co prawda nie nadawał się do chórków w Bayer Full, a teraz jego dołujący tembr na "The great cold distance" spotęgowany został dodatkowo przez niespotykany od dawna ciężar muzyki. Rewolucji w muzyce żadnej nie ma - w dalszym ciągu zespół wiosłuje na dwóch gitarach i basie, waląc w perkusję i wspomagając się majaczącymi w tle klawiszami. Schemat wciąż jest teoretycznie prosty - dość szybkie, urywane riffy połączone z zamierzonym chaosem w zwrotkach i kulminacyjne zwolnienie w refrenie. Choć często zdarza się dokładnie odwrotnie. I o dziwo to nie nudzi, bo choć utwory są do siebie dość podobne i tworzą zamierzoną całość, to każdy z nich słuchany osobno jest potencjalnym przebojem. Oczywiście dla części naszego społeczeństwa, któremu bliższe jest posługiwanie się mózgiem niż baseballebem. Przy tym spory kawałek mroku pozwala sądzić, że jeśli jakiś ambitny reżyser chciałby kiedyś nakręcić film o psychologicznych aspektach wypruwania komuś żywcem flaków, muzyka z tego albumu podkreśliłaby na pewno jego kulminacyjny moment.
|
Ta płyta to hurtownia przebojów. Przez całe 52 minuty ciężko znaleźć dźwięk czy melodię słabą lub nieprzemyślaną. Wokal współgra z muzyką, ciężką jak proces myślowy przeciętnej pracownicy spożywczaka, a ja po raz pierwszy jestem całkowicie przekonany do umiejętności używania instrumentu głosowego przez pana Renske. Gdy trzeba zaszepcze, gdy trzeba ryknie, a nawet w razie potrzeby słodko zagrowluje, co już od dawna nie zdarzało się Katatonii. Dwa stuprocentowe hiciory z tej płyty to: "My twin" z rewelacyjnym refrenem oraz "In the white", balladka, przy której mogłoby nawet spaść trochę łupieżu z beretów słuchaczek Radia Maryja. Zresztą, co tu dużo mówić, reszta utworów nie pozostaje dużo w tyle ("July", "Deliberation").
Nigdy nie sądziłem, że to napiszę - Katatonia pobiła na głowę mojego dotychczasowego faworyta w klasyfikacji zespołów z cyklu "znajdź choć jedną różnicę, dzięki której można odróżnić jedną grupę od drugiej". Płyta jest dojrzała, melodyjna, zarazem ostra i łagodna jak 60-letni pacyfista. Jeśli nie pojawi się znacząca konkurencja (ciekawy jestem odpowiedzi w/w zespołu), w ciemno stawiam "The great cold distance" na podium najlepszej płyty Roku Pańskiego i Diabelskiego 2006. A na razie ścierając kolejną rysę z płyty wracam do słuchania "The great cold distance".
Ocena: 9.5 / 10
|
Tomasz "Trollking" Zdulski trollking(at)interia.pl
|
|
|