Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
Gdy dwa lata temu odpuściłem sobie koncert Pain Of Salvation w Krakowie, wiedziałem że wrócą. Czułem to. Grupa zaskarbiła sobie u nas spore grono wielbicieli. W końcu gra muzykę nie tylko dla artrockerów i metali, ale również dla zwolenników innych klimatów. Każdy może znaleźć w twórczości Szwedów coś interesującego. Tym razem Daniel Gildenlöw i spółka przyjechali do Polski na dwa koncerty, z których pierwszy odbył się w nowej siedzibie klubu Progresja w Warszawie. Jako że miałem okazję być w tym miejscu jeszcze w czasach, gdy znajdowało się ono w starej siedzibie, słówko porównania. Stara Progresja była "osiedlowym" metalowym klubem, nowa to właściwie większa salka koncertowa, idealna na takie koncerty jak Pain Of Salvation.
[c] rumi
Bramy klubu zostały otwarte po 18 ale na wyjście zespołu trzeba było czekać do 20.30. W międzyczasie można było pooglądać sobie (lub posłuchać; w zależności gdzie się akurat znajdowało) DVD Rush. Po wejściu muzyków, odpowiednio wywołanych okrzykami (i to nie tylko "Pain Of Salvation", słychać też było takie nazwy jak "Depeche Mode", "James Hatfield", "Lech Wałęsa" czy nawet... "Lech Poznań"!) Daniel powiedział do mikrofonu, że podoba mu się u polskiej publiczności właśnie to niecierpliwe wywoływanie; gdzie indziej tego nie uświadczy. Do Gildenlöwa i pozostałych chłopaków dołączył basista Simon Andersen, jeden z trzech muzyków wypróbowywanych na to stanowisko. Rozpoczęli od dwóch utworów ze "Scarsick" - tytułowego oraz "America". Następnie był przegląd całej dyskografii Pain Of Salvation, począwszy od debiutanckiego "Entropia" z 1997 r. Usłyszeliśmy takie klasyki jak zawsze wspaniałe "!", miażdżace "New Year's Eve", powalające "Ashes", "Undertow" w fortepianowej wersji, folkrockowe "Chainsling", "Song For The Innocent" oraz "Diffidentia" w wersji nierozpoznawalnej. Podstawowy set kończyły dwa nowe nagrania - "Flame To The Moth", które wręcz zagrzmiało, oraz "Disco Queen". To drugie porwało publiczność do tańca, a Daniel Gildenlöw i Johan Hallgren, niczym bracia Gibb 30 lat temu, dzielnie stawiali czoła kolejnym wersom pokazując, że ich piskliwe partie wokalne nie zostały spreparowane w studio. Były momenty zaskakujące. Do takowych należy odśpiewanie najpierw na prośbę Daniela "Happy Birthday" przy akompaniamencie Fredrika Hermanssona, a potem, już z własnej inicjatywy, "Sto Lat" a capella przez publiczność dla obchodzącego 21. urodziny oświetleniowca. Z tej drugiej wersji zespół szczerze się śmiał słysząc nasz ojczysty język. Niezwykłe podczas koncertu było to, że piątka muzyków praktycznie bez żadnych efektów, filmików czy innych bajerów (wyjątkiem była kula rodem z dyskotek z lat 70., specjalnie podświetlona na potrzeby "Disco Queen") potrafiła porwać publiczność samą muzyką.
[c] rumi
Warta odnotowania jest komunikatywność, nie tylko frontmana (mam w pamięci milczenie Steve'a Hogartha w Bydgoszczy trzy lata temu). "Rasa" odwzajemniła się zespołowi należycie. Za przykład może posłużyć pewien euforyczny fan, którego musiano uspokajać, chciał bowiem wyśpiewać teksty wszystkich utworów. Na bis muzycy zaserwowali "Hallelujah"Leonarda Cohena w heavymetalowym opracowaniu, "Cribcaged" z nowej płyty oraz "Used" z kultowego "The Perfect Element Part I" (mocne zakończenie koncertu). Przyznam, że co do tracklisty i kolejności wykonywania miałem pewne zastrzeżenia. W samym zestawie zabrakło mi ze świeżyzny "Spitfall", "Kingom Of Loss" i "Enter Rain", a z rzeczy starszych "Ending Theme" i "In The Flesh". Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że gdy gra się tak nietypową muzykę jak Pain Of Salvation, wybór utworów musi budzić kontrowersje. Poza tym wszystko było bez zarzutu - dźwięk, światło i atmosfera. Dawno nie uczestniczyłem w tak oszałamiającym show, a już jestem przygotowany do udziału w innych zapowiedzianych na ten rok koncertach. Czy będą lepsze - to się okaże.
"...Wybrany na singiel "Loose Heart" zupełnie odbiega od tego co można dziś spotkać na listach przebojów, ale one i tak nic nie znaczą. Również niepokojący (choć w mniejszym stopniu niż kawałek tytułowy), o niezłej dramaturgii, prowadzącej od w miarę spokojnego początku, poprzez emocjonalny śpiew, a kończący się... growlingiem na tle zbrutalizowanej melodii...."
Czytaj więcej