Pride Of Lions "The Roaring Of Dreams" (2007)
(Frontiers Records)
Toby Hitchcock - voc
Jim Peterik - g, voc, k
Christian Cullen - k
Mike Aquino - g
Klem Hayes - b
Ed Breckenfeld - dr
Thom Griffin - voc
1. Heaven On Earth
2. Book Of Life
3. Love'S Eternal Flame
4. Language Of The Heart
5. Let Me Let You Go
6. Faithful Heart
7. Defying Gravity
8. The Roaring Of Dreams
9. Secret Of The Way
10. Astonish You
11. Tall Ships
12. Turnaround
Pamiętacie Survivor i ich wielki przebój "Eye Of The Tiger"? Utwór stał się znany dzięki serii filmów o Rockym a także Dariuszowi Michalczewskiemu który odświeżył go na potrzeby promocyjne. Poza tym hitem grupa nie wylansowała niczego znanego. Już na zawsze zostanie zapamiętany sam temat muzyczny, już nie kto go wykonywał. Dlaczego o tym piszę? Otóż lider nieistniejącego od dawien dawna Survivor, Jim Peterik realizuje się już dobrych parę lat w Pride Of Lions, duecie tworzonym wraz z Tobym Hitchcockiem. W studio i na koncertach pomagają tym dwóm panom inni muzycy, jednakże podstawowy skład to Peterik - Hitchcock. Pride Of Lions gra właściwie to samo co Survivor - melodyjny rock. Muzycy nie patrzą na zmieniające się mody, po prostu robią swoje i to jest dobre. Najnowsza płyta, "The Roaring Of Dreams", jest tego kolejnym potwierdzeniem. Dostajemy świetnie zaaranżowaną dawkę pop rocka bez udziwnień (za takowe trudno uznać "zmyłkę" na początku "Let Me You Go" czy wygenerowane na syntezatorze dźwięki rogu myśliwskiego w "Turnaround"), bez ukrytych znaczeń, bez czegokolwiek. Ale od tego typu muzyki niczego więcej się nie oczekuje. Tutaj przebój goni przebój ("Book Of Life", "Let Me You Go", "Defying Gravity", "Astonish You", "Turnaround") a i jest oczywiście miejsce na obowiązkowe ballady ("Faithful Heart", "The Roaring Of Dreams"). Całość brzmi jak gdyby była nagrana 20 lat temu ale przecież o to właśnie tu chodzi. Ważne że muzyka nie wchodzi w banał a takie ryzyko istnieje przy nagrywaniu poprockowych wydawnictw. Płyta dla wszystkich którzy przez te kilkadziesiąt minut pragną odprężyć się przy lekkich, niezobowiązujących acz nie pozbawionych rockowego pazura dźwiękach. Reszta niech sobie odpuści.
"...Tak jest i tutaj, jednak zamiast przytłaczania hałasem,
słuchacz ulega złudzeniu, że znalazł się w poczekalni szpitala dla
obłąkanych, który to wypełniony jest niespokojnymi szmerami oraz stukotami.
Uwagę przyciągają też minimalistyczne choć drugoplanowe, maniakalnie
powtarzane motywy, ani chybi autorstwa zwichrowanych psychicznie pacjentów...."
Czytaj więcej