Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron






Muzyczne podsumowanie 2006 roku

TOMASZ PACYNA:



Alcian Blue "Alcian Blue"

Wspaniała, mroczna płyta, jakże odmienna, od tego co króluje dziś na scenie "dark". "Alcian Blue" to podróż poprzez kilka rejonów klimatycznego rocka. Począwszy od wczesnych lat osiemdziesiątych, gdzie rodziła się zimna fala i klasyczny rock gotycki, poprzez początek lat dziewięćdziesiątych, gdy na alternatywnych Wyspach i muzyce "atmosferycznej" działał rock z pod znaku shoegaze. Zahaczmy jeszcze po drodze o wczesne 4AD, dreampop, a pod koniec o nowsze noise-popowe tudzież nu-gazerowe prądy i mamy dźwiękowe spektrum o odcieniu błękitu alcjańskiego. Szkoda tylko, że jest to pierwsza, a i zarazem ostatnia pełna płyta zespołu. Kilka miesięcy po jej nagraniu Alcian Blue zawiesił bowiem swoją działalność.

Recenzja w Taboo.

Hammock "Raising Your Voice... Trying To Stop An Echo"

Po muzycznym arcydziele, jakim bez wątpienia był "Kenotic", Hammock czaruje swych wyznawców dalej. Po drodze mieliśmy jeszcze dwa mniejsze wydawnictwa, a na koniec otrzymaliśmy kolejną dużą płytę. Znów jest pięknie, znów jest nostalgicznie, choć "siła rażenia" tego albumu jest mniejsza niż debiutu. Ale bądźmy szczerzy, gdyby to właśnie opisywana płyta była debiutem Hammock - i nie mielibyśmy w głowach "Kenotic" - i tak padlibyśmy przed nią na kolana. Na "Raising Your Voice..." jest jakby muzycznie jaśniej i nieco konwencjonalnej. Więcej tu także ciepła, a i pojawiają się nawet nieco shoegaze'owe wokale. Ciągle jest to jednak ten sam niesamowity kolaż wszystkiego, co najlepsze w klimatycznej, eterycznej, sennej i melancholijnej muzyce, zaś otwierający album "I Can Almost See You" to jedna z najpiękniejszych kompozycji jakie słyszałem.

Au4 "The Tree That Lived and Died"

Album znikąd. A dokładniej z Vancouver w Kanadzie. Bardzo ciekawe połączenie trip-hopowych klimatów z dream-popem, post-rockiem, elektronicznym shoegazerem, melodyjnym popem, a wszystko to w rockowym sosie. Mnóstwo tu nastrojów, przestrzeni i stanów emocjolanych. A mieszanka, pomimo skojarzeń z Massive Attack, Porcupine Tree, Air, Archive, Sigur Ros, Slowdive czy Unkle brzmi zaskakująco świeżo i oryginalnie.

July Skies "Where The Days Go"

Mimo, że płyta ta nie jest tak wspaniała jak poprzedni, rewelacyjny krążek "The English Cold", nie ma to za dużego znaczenia. Nie ma, gdyż July Skies po raz kolejny, kompletnie zignorowani przez brytyjski rynek muzyczny, pokazali, że są w stanie w swej muzyce ocierać się o czystą esencję piękna. Nie jest to muzyka dla każdego, to powolne, sączące się, kompozycje, działające bardziej na wyobraźnię, niż uszy. To głębokie melancholijne ambientowe oceany, zamglone, delikatne gitary, schowany smutny głos. Niedaleko tej muzyce do tej, którą kreuje Hammock, jest coś z klimatu The Durutti Column, przebija się Robin Gutherie, jest i aura Piano Magic. Ale mamy tu także niemałą dawka nadziei i ciepła. A taki utwór jak "Waiting to Land (Epic 45 Reworking)" to dla mnie nowy kanon muzyki ambient.

Band Of Horses "Everything All The Time"

Jedyny typowo "surowo-gitarowy" album na liście, a do tego pochodzący jeszcze ze Stanów. Formacja powstała na zgliszczach Carissa's Wierd na swej debiutanckiej płycie zaserwowała nam niespełna 40 minut szczerego gitarowego indie-rocka, z nieco alt-country'ujacymi wpływami. Jako, że zawsze miałem słabość do specyficznych wokali, także i tym razem wyjątkowo emocjonalny głos Bena Bridwella, przywodzący mi na myśl Mike Scotta z The Waterboys, przykuwa uwagę. Do tego dobre melodie, zwarte kompozycje, i spora, niewymuszona muzyczna naturalność.

Iliketrains "Progress - Reform"

Debiutancki nieco ponad 30 minutowy minialbum formacji z Leeds. Chłodna to i nieco ponura muzyka, ale niepozbawiona uroku. Surowy, nieco chropowaty, niski głos wokalisty, marszowe rytmy, a w tle
"sigur-rosowe", narastające kaskady gitar. Coś dla fanów post-rocka, inteligentnej muzyki dark, ale i lirycznych opowieści z pogranicza Nicka Cave'a, Lambchop czy Tindersticks.

Robin Guthrie "Continental"

Druga solowa płyta jednej z najbardziej wpływowych postaci gitarowego dream-popu, post-rocka i shoegaze'u w jednym. Instrumentalne kompozycje mają oczywiście odcień Cocteau Twins, ale bliżej tej muzyce do tej którą raczy nas dzisiaj Hammock. Rozmyte, zamglone, rozmarzone muzyczne opowieści w wykonaniu jednego z ojców takiej muzyki.

120 Days "120 Days"

120 Days to trio z Norwegii, których debiutancki album to żywiołowy, dynamiczny zestaw stanowiący bardzo interesującą mieszankę wpływów. No bo z jednej strony mamy tu rockowe, zadziorne songi w stylu The Cooper Temple Clause czy The Music, a z drugiej nawiązanie do starej analogowej elektroniki w stylu Kraftwerk! A to wszystko zanurzone jeszcze w sosie lat 80-tych.

Junior Boys "So This Is Goodbye"

Sterylne, czasem bardzo proste kompozycje zbudowane najczęściej z elektronicznego tła oraz wokali pana o melodyjnym, nieco smutnawym głosie. Ale cała sztuka polega na tym, że nie brzmi to banalnie, a intrygująco właśnie. Ponadto - mimo całej swej wtórności - nawet dość świeżo. Wysmakowane czerpanie z ogromnej bazy muzycznej lat 80-tych, w nowoczesnym, nieco klubowym wydaniu.

The Radio Dept "Pet Grief"

Jak już kiedyś pisałem, w każdym z nas siedzi cząstka, która pragnie czasem posłuchać po prostu "ładnych piosenek". I nawet jeśli nie za bardzo mogę napisac, że The Radio Dept serwują nam tak owe, to smiało mogę rzec, że najbliżej im do takiego właśnie miana na mojej liście. To szwedzki pop z odcieniem shoegaze'u. Płynąca i zamglona, ale jednocześnie lekka, romantyczna, melodyjna i zwiewna muzyka. Dobra na jaśniejsze dni.

LESZEK ŻABIŃSKI:



Kolejność alfabetyczna.

The Gathering "Home"

"Home" potwierdza pewną regułę w twórczości The Gathering, po płytach wybitnych, przełomowych, wstrząsających przychodzą płyty słabsze, pozwalające zespołowi na jakiś twórczy, emocjonalny odpoczynek po wyczerpującym zapewne emocjonalnym szczytowaniu. I tak jak po "Mandylionie" był "Nighttime Birds", a po "How to Measure..." pojawił się "If Then Else", tak teraz po "Souvenirs" mamy "Home". Nie od dziś znana jest dość brutalna prawda, że dobry artysta to głodny artysta, i odwrotnie. Nie oznacza to, że "Home" jest płytą słabą, bynajmniej, jest na niej kilka wspaniałych momentów, a jej powolne dojrzewanie w umyśle słuchacza pozwala odkrywać ją na długo po pierwszym wysłuchaniu. Postępem i dojrzałością ta płyta cechuje się natomiast w dziedzinie aranżacji i produkcji dźwięku, którego poziom już od kilku lat jest coraz wyższy. Pozostaje mieć nadzieję, że wspomniana na wstępie reguła się potwierdzi przy okazji premiery następnej płyty studyjnej.

Head Control System "Murder Nature"

Projekt trochę znikąd i trochę z zaskoczenia. Duet Daniel Cardoso oraz Kristoffer Rygg (którego jedna połowa jest mi znana wyśmienicie, a druga w ogóle), zaserwował płytę, która ku mojemu zaskoczeniu towarzyszyła mi chyba najdłużej z wszystkich testowanych krążków. A właściwie nic tego nie zapowiadało. Bo jest to właściwie taki współczesny pop-hardrock, muzycznie niezbyt wysokich lotów; gęste, tłuste gitarowe riffy, przecinane ciężkim perkusyjnym beatem i skrawkami melodii, a wszystko to brzmiące trochę tępo, po amerykańsku. A jednak wracałem do tego z uporem maniaka. I wiem dlaczego. Kiedyś, dawno temu, napisałem, że wokal Rygg'a to żywe srebro. To srebro, złoto, platyna, miedź, ropa naftowa, gaz ziemny wysokometanowy i wszystkie inne najcenniejsze surowce matki ziemi. To jest głos do wszystkiego, brzmi dobrze (i za każdym razem inaczej) w balladowych songach Gatheringa, w elektronice, black metalu, folku, w progresywnych eksperymentach Ulvera. Jakby mu dać do zaśpiewania arię operową, też by dał radę. Jego linie wokalne, eksperymenty głosowe, szalone wręcz dźwięki dobywane z gardła (proszę posłuchać choćby utworu "Masterpiece (of art)") reanimują, ożywiają tę mdławą, szarą i letnią materię muzyczną, która w każdej innej konfiguracji przemknęłaby bez specjalnego echa. Mój softspot dla popu zawsze daje o sobie znać i nie pozwoli mi przejść obojętnie obok takich piosenek jak "Skin Flick", "It Hurts" czy "Rapid Eye Movement", ale energia zawarta w tym krążku pobudzi krew do szybszego krążenia nawet w takim letargu jak mój. Polecam.

Recenzja w Taboo.

Ion "Madre, Protegenos"

Wreszcie powrót Duncana Pattersona do przyzwoitej formy twórczej. Po ostatnim, słabym Antimatterze słychać było, że nie ma on już przekonania do tego projektu. Ion to chyba taki pierwszy, poważny solowy projekt Pattersona i słychać, że włożył w niego mnóstwo serca i energii. Sama muzyka jest w dużej części akustyczna, słychać w niej sporo inspiracji muzyką etniczną z różnych stron świata, ale tak naprawdę to najbardziej przebijają się w niej klimaty irlandzkie. Nawet wokalistka, która śpiewa w większości utworów, pochodząca z Rosji Emily A. Saaen, brzmi jakby urodziła się na zielonej wyspie (jej angielski brzmi w wymowie troche jak gaelicki). A propos wokalistek, wreszcie jest świetny dobór głosów na "Madre, Protegenos", bo kobiece wokale dobierane do utworów Duncana na "Planetary Confinement" to pomyłka była kompletna! Tak jak po "Planetary..." byłem trochę załamany poziomem utworów Pattersona, to teraz z dużym optymizmem patrzę w przyszłość. Wprawdzie niektóre utwory na "Madre..." brzmią trochę jak ogniskowe ballady, ale czuć w nich ducha. Miejmy nadzieję, że projekt Ion ugruntuje się jakoś i zaprezentuje coś jeszcze lepszego w przyszłości.

Katatonia "The Great Cold Distance"

Połozyłem lachę na tym zespole. Po bardzo słabym "Viva Emptiness" nie miałem nawet ochoty posłuchac choćby urywka ich nowej muzyki. Tak się odciąłem, że nawet nie miałem pojęcia, że coś nowego nagrali. Pewnie byłoby tak dalej i do dziś żyłbym w nieświadomości gdyby nie lektura recenzji w Taboo (ukłony!). Takiej właśnie płyty oczekiwałem po "Last Fair Deal Gone Down", a tymczasem zespół zafundował sobie przerwę w życiorysie, bo tak od teraz będę traktował ten niesławny okres. Jeżeli eksperymenty brzmieniowe Katatonii miałyby się sprowadzać do Emptinessowych fikołków to ja wolę choćby najbardziej jednostajny, ale spójny i przemyślany materiał jak na "The Great Cold Distance". Hiciorków nie ma tu zbyt dużo, ale miodność tych które są rekompensuje oczekiwanie. Lecąc od góry to zachwycić można się przy "Leaders", "Deliberation" czy "In the White". A takiego "My Twin" to z pewnością Przemysław Gosiewski nuci sobie tęsknie wyprowadzając koty na spacer.

Recenzja w Taboo.

Peeping Tom "Peeping Tom"

Popowy projekt Mike'a Pattona to pośród jego wybitnie eksperymentatorskich dokonań ostatnich kilku lat, musi brzmieć nieco dziwnie. Przez lata tłamszony chyba w konwencji Faith No More, zarzucił rynek swoimi projektami w stylu Mr.Bungle, Fantomas czy Tomahawk. Jednak jego melodyjno-popowa natura, którą znamy choćby z ostatnich płyt FNM gdzieś z boku nabrzmiewała pomysłami i w końcu musiała znaleźć ujście. Na Peeping Tom, Patton postanowił zaprosić wielu gości z różnych środowisk i gatunków muzycznych i skończyło się na tym, że w każdym utworze występuje gościnnie jakiś mniej lub bardziej znany ktoś. Peeping Tom to mikstura żywych instrumentów (wszystkie obsługiwane przez Pattona) i elektroniki, bardzo wyraźną rolę grają na tej płycie wmiksowywane elektroniczne beaty, które momentami wprowadzają nastrój alternatywnego hip-hopu. Patton to nie tylko multi-instrumentalista, ale także człowiek o tysiącu głosach. Wielość kreacji wokalnych Pattona na tej płycie uważnych fanów nie powinna dziwić, resztę może oszołomić. A wśród gości oferujących swą muzyczną szczyptę w tej miksturze są m.in.: Amon Tobin, Kool Keith, Massive Attack, Kid Koala czy Norah Jones. A wśród utworów same hiciory. Wyróżnić wśród nich należy "Five Seconds", "Mojo", "We're Not Alone", "Getaway" czy "Don't Even Trip", reszta niewiele gorsza. Świetnie się tego słucha i właściwie nie chce się przestać.

ŁUKASZ MIŃCZYKOWSKI:



Miniony rok nie był zbyt udany pod względem muzycznym. Przeważały wydawnictwa słabe żeby nie powiedzieć nijakie. Wiele płyt reklamowanych jako wspaniałe okazywało się przereklamowane. Mimo wszystko 2006 nie był taki zły o czym niech świadczą przedstawione przeze mnie poniżej albumy.

1. The Gathering "Home"

Art rock XXI wieku. Niezwykle przestrzenna, atmosferyczna jak i romantyczna muzyka. O przyszłość The Gathering nie trzeba się martwić.

2. Jorn "The Duke"

Ile jeszcze Jorn Lande nagra takich samych płyt? Jak długo jeszcze będzie serwował nam sprawdzone, hardrockowe patenty? Jeżeli będą to takie płyty jak "The Duke" to może to robić i przez następne sto lat.

3. Astralasia "Away With The Fairies"

Mistrzowie elektronicznego art rocka powracają. Na swojej ostatniej płycie we frapujący sposób łączą ambient, techno, rock a nawet jazz pokazując że "muzyka przyszłości" wcale nie musi być bezduszna.

4. Soundcheck "Soundcheck"

Jeśli nadal twierdzisz że jazz jest nudną muzyką dla snobów to posłuchaj Soundcheck. I wybierz się na koncert. Warto.

5. The Devin Townsend Band "Synchestra"

Pośród multum progmetalowych produktów marnej jakości propozycja Devina Townsenda, znanego min. ze współpracy ze Stevem Vai i Arjenem Lucassenem lśni niczym diament. Dowód na to że wcale nie trzeba podrabiać Queensryche, Fates Warning czy Pain Of Salvation aby nagrać świetny album.

6. Junior Boys "So This Is Goodbye"

Mikstura tego co najlepsze w elektronicznej muzyce lat 70. i 80. Eksperymentalne i przebojowe zarazem.

7. Head Control System "Murder Nature"

Rockowa alternatywa z metalowymi inklinacjami. Projekt Gamma i Daniela Cardoso atakuje gitarami ale z głową. Muzyka oscylująca pomiędzy klimatami Tool i Katatonia szybkimi krokami wkrada się do serca i nie puszcza.

Recenzja w Taboo.

8. OSI "Free"

Powrót projektu Mike'a Portnoya, Kevina Moore'a i Jima Matheosa. Mniej metalowy, bardziej syntetyczny ale przez to lepszy.

Recenzja w Taboo.

9. Disillusion "Gloria"

W 2004 r. zadebiutowali płytą "Back To Times Of Splendor" gdzie w wyszukany i śmiały sposób połączyli prog, power i death metal. Na "Gloria" odważyli się zignorować przeszłość i nagrać muzykę zupełnie odbiegającą od debiutu. Dla fanów Anathemy pozycja obowiązkowa ale miłośnicy The Cure też z pewnością znajdą tu coś dla siebie.

10. Pure Reason Revolution "The Dark Third"

Przypadek Pure Reason Revolution pokazuje że warte zapamiętania płyty zaczęły pojawiać się dopiero pod koniec roku. Twórczość grupy jest trudna do zaklasyfikowania; mieszają się tu tak różne stylistyki jak rock, ambient, shoeagaze, awangarda czy indie a na dodatek dostajemy tradycyjną brytyjską melancholię. Muzyka dla otwartych umysłów.

Recenzja w Taboo.

Wszystkie znaki na niebie wskazują że 2007 będzie lepszy. Muzycznie i koncertowo.

PIOTR "KAYRON QUANTOR" GRUGEL:

1. Aghora "Formless"

Chyba najbardziej oczekiwana płyta, przynajmniej przeze mnie. ;) Ile to, 6 lat?... Nie postawiłem krzyżyka, do końca wierzyłem i opłaciło się! Cieszy mnie, że bębni Reinert (przynajmniej na płycie, oficjalnym pałkerem Aghora jest Giann Rubio). Choć brakuje za basem mistrza Malone'a, to ten obecny (Alan Goldstein) nadrabia... No i Diana Serra ma moim skromnym zdaniem ładniejszy głosik od Danishty Rivero (choć do kompozycji linii melodycznych można się przyczepić).

2. Prymary "Tragedy of Innocence"

Właściwie to sekcja z "The Fullness of Time" sprawiła, że sięgnąłem po tę płytę i nie żałuję. Długo nie wyleciała z odtwarzacza. Jedna z płyt, której reckę zacząłem i nie skończyłem... (Ostatnio co raz więcej rzeczy tak rozgrzebuję i skończyć nie mogę, a zaczęło się właśnie od Redemption)...

3. Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"

Nikt nie mówił, że bezlabelowych produkcji nie można wstawiać... Może i jest to ocena na szybko, pod wpływem emocji i radochy, ale co tam, raz się żyje!

Recenzja w Taboo.

4. Beautiful Sin "The Unexpected"

Płyta najpierw weszła, potem od ilości odsłuchów zbrzydła, ale myślę,
że na to miejsce zasłużyła... Po walce z dwoma poniższymi...

5. Zero Hour "Specs of Pictures Burnt Beyond"

Niestety, nie wbiła mi się tak, jak "Fragile Mind", nie można przy niej aż tak popłynąć, ale IMO to bardzo dobre wydawnictwo! I co z tego, że "Lalala, jebudubudu, lalala..."...;) Taki styl wypracowali Zero Hour i są rozpoznawalni.

6. Evergrey "Monday Morning Apocalypse"

Wydawnictwo wtórne, bardzo "Evergreyowe", ale przyjemnie się słucha. ;) Nawet kilka razy złapałem się na "darciu ryja" podczas odsłuchów ze słuchawkami...

7. Vanden Plas "Christ 0"

Podobnie jak 6, wtórne ale przyjemne. ;)

8. Angtoria "God Has a Plan for Us All"

Cholernie klimatyczne granko, płytę również poznałem przez przypadek (w sumie, to dzięki kumpeli, którą trochę zaraziłem "pierogami"). Tak czy inaczej płyta długo u mnie gościła.

9. Tool "10000 Days"

Niestety tak nisko tym razem, pomimo mojego wielkiego podziwu i szacunku dla Maynarta (i spółki ofcoz), ale cóż, następnym razem muszą się bardziej postarać. ;) Trudno dorównać GENIALNEMU "Lateralus" (retrorecenzja wkrótce).

10. Into Eternity "The Scattering Of Ashes"

Spaaadeeek... W pierwotnym zestawieniu była prawie na równi z ZH... Dlaczego tak spadła?... A nie mam pojęcia. ;P Wydawnictwo gorsze od poprzedniego ("Buried in Oblivion"), ale warte posłuchania.

A na wyróżnienie zasługują (w kolejności przypadkowej):

Pain of Salvation
Point of View
Frontside
Mindflow
Andromeda
Unexpected
Pyramaze
Prototype
Satyrian
Lacuna Coil
Eldritch

GOŚCIE:

Adam "Kalisz" Kaliszewski (rockmetal.pl):




10. Mustasch "Parasite!"

Wciąż zbyt mało znana rock'n'rollowa załoga. Czy to stoner, czy rokendrol - w zasadzie to jedynie kwestia nazewnictwa. Grunt, że z tej płyty wylewa się czysta, nieskrępowana i niepowstrzymana energia, zabawa i czysty hedonizm. Ważna rzecz w czasach, kiedy spora część rockowej sceny przejawia niezrozumiałą tendencję do smucenia i zamulania.

9. Europe "Secret Society"

To już druga płyta, na której niegdysiejsi mistrzowie pudlowego kiczu pokazują, że potrafią zagrać niezwykle nowocześnie. Gitary jak u Zakka W., sekcja łoi potężnie, tylko melodie, jak za dawnych lat, są nieprzyzwoicie wręcz chwytliwe. Europe XXI wieku już zdecydowanie nie jest symbolem obciachu, jaki stanowiło dwie dekady temu.

8. Astralasia "Away With The Fairies"

Proszę, co za psikus. Oczekujący goa-trance'owych odjazdów mogą poczuć się nieco zawiedzeni, bo "Away..." to w co najmniej połowie płyta rockowa. Gwoli ścisłości - space-rockowa. To taki pomost, który doskonale pokazuje, że klimaty Gong, Ozric Tentacles, czy Hawkwind wcale nie są tak odległe od całej sceny taneczno-kwasiarskiej. Choć takie stylistyczne wolty nie zawsze wychodzą na dobre, "Away..." to zaskakująco dobra płyta.

7. Head Control System "Murder Nature"

Ulver nie wydał w tym roku żadnej płyty, pozostają więc półśrodki. Ale za to jakie! Garm i Daniel Cardoso zaproponowali rzecz po prostu rockową, opartą na tradycji - hard rocku, grunge'u - ale niepozbawioną znaków firmowych Trickstera G. Mówiąc krótko - brzmi to mniej więcej tak jakby Rygg wziął się za produkcję nowej płyty Audioslave. Co najmniej frapująco.

Recenzja w Taboo.

6. Jesu "Silver"

Jesu, ależ tu się mało dzieje. A jakie to jednocześnie piękne. Minialbum (czasowo i dźwiękowo) "Silver" to wprawdzie monolit, ciężka chmura gitar, czy też obłok prawie-dronowej mgły, ale z przebłyskami światła w postaci shoegaze'owych harmonii wokalnych, ciekawych aranżacji, zaskakujących rozwiązań. Co tu kryć - Jesu nie schodzi poniżej pewnego bardzo wysokiego poziomu, nawet jeśli możnaby ten album skwitować hasłem: "Sunn O))) w wersji dla MTV" ;)

5. Satyricon "Now, Diabolical"

Siarka jest, a jakże! A przy tym surowość, brud i chropawość... odziana w szatki znakomitej produkcji Mike'a Frasera. Czyli taki mały blackmetalowy szwindel. Ale Satyrowi i kolegom produkcyjny szlif nie zaszkodził, a wręcz uwypuklił piękną brzydotę tej muzyki i jej surowy magnetyzm.

4. Peeping Tom "Peeping Tom"

Ileż to lat Mike Patton przymierzał się do tego albumu? Ale wreszcie jest. Efekt kolaboracji z najróżniejszej maści artystami. Z jednej strony nierzadko zaskakujący, z drugiej - zaskakująco komercyjny. Patton chyba zatęsknił za czasami gdy "Easy" w wersji Faith No More okupowało szczyty list przebojów. Ale z drugiej strony - nie zabrakło tu solidnej dawki szaleństwa. Oby na następnego Peeping Toma nie trzeba było czekać dekady. Ale kto wie, może teraz Norah Jones nagra album inspirowany Fantomasem?

3. Killing Joke "Hosannas From The Basements Of Hell"

Co tu gadać, tak powinien brzmieć prawdziwy gotycki rock. Bo jest i gotycko (słychać, że płyta powstawała w praskiej piwnicy) i naprawdę rockowo. Nie ma kompromisów, kiedy ma być ogień, jest ogień. Kiedy górę bierze postindustrialna transowość, to na całego. Niepokojąco wciągający album, Killing Joke na stare lata rośnie w siłę.

2. Celtic Frost "Monotheist"

Bodaj najbardziej udany powrót ostatnich lat. Metalowi wojownicy ronili (w ukryciu oczywiście) łzy nostalgii słuchając "To Mega Therion", a tymczasem Tomek Wojownik zaserwował taką płytę, że czapki z głów. Absolutny klasyk nie tylko w kategorii Celtic Frost, ale i bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt metalowych ostatnich lat. Obowiązkowo.

1. Laibach "Volk"

Kolejny przebłysk geniuszu. Długo by się rozwodzić nad poszczególnymi podtekstami, przekazami, czy sarkazmem, który wręcz z tej płyty kapie. Najkrócej można stwierdzić, że hymny narodowe okazały się genialną pożywką dla kpiarzy z Ljubljany. Volk to po prostu kolejny poziom mistrzostwa słoweńskich twórców. Byli już m.in. Beatlesi, Rolling Stonesi, nawet JPII w wersji techno. Teraz przyszła pora na hymny. Inwencja Laibach zdaje się być niewyczerpana - zobaczymy, co przyniesie przyszłość.




Tomasz "Slay" Pacyna
slay(at)post.pl

Pokaz wszystkie teksty tego autora




[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
The Gathering 'If Then Else'
  The Gathering 'If Then Else'

"...Linie wokalne to jest to co mnie tak fascynuje na tym krążku, Anneke znowu odrobinę zmieniła swój sposób śpiewania, jej głos wydaje się nieco głębszy i mocniejszy, szczególnie słychać to w żywszych utworach ..."
Czytaj więcej

  Stephen King "Mroczna W...
  Stanley Kubrick
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Nightwish "Once"
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Nightwish "Once"
  Ukulturalnianie przez f...
  Katatonia - Night Is Th...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Świetliki i Linda "Las ...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff