Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron




Pat Metheny "Speaking of Now" (2003)
(Wea/Warner Bros)



Pat Metheny - gitary akustyczne i elektryczne, syntezator gitarowy
Lyle Mays - pianino, klawisze
Steve Rodby - bas
Richard Bona - wokal, instrumenty perkusyjne
Cuong Vu - tršbka, wokal
Antonio Sanchez - bębny











Pat Metheny to Prometeusz, który w latach 80. wykradł snobom jazz i udowodnił, że nie taki on straszny, jak się wydawało. I oczywiście "prawdziwi" fani jazzu nienawidzą go za to po dziś dzień. Jak to, myślą sobie, naszej elitarnej muzyki ma słuchać byle hołota? Won!

  Żaden "rasowy" jazzfan nie sięgnie po Metheny'ego, bo za dużo w jego muzyce ślicznych tematów, klimat bywa ważniejszy od solówki, a poza tym nie uprawia on publicznej gimnastyki paluszków, chociaż potrafi. A już największy grzech Pata polega na tym, że odwrócił proporcje i zamiast nudnych improwizacji wypełniających 3/4 utworu, w kompozycjach przeważają partie zaaranżowane. Jednym słowem - komercha!
  Ech, czy trzeba to komentować? Powiem tylko tak - jeśli Pat Metheny Group to komercja, to daj nam Boże taką komercję. Krytyka 'caca' cyborgów w rodzaju Marsalisa, bo grają, co im w kwitach napiszą lub tworzą tak, żeby było bardziej 'mundrze' i trudniej. Pewnie! To jest też potrzebne i może to nie na mój głupi rozum, ale muzyka intelektualna dotarła w miejsce, które dostrzega już tylko garsteczka. Garsteczka tych, którzy ją JESZCZE rozumieją. Albo udają, że rozumieją.
  Rzadko w krytyce PM zwraca się uwagę, że jest muzykiem, którego wciąż charakteryzuje na przykład niebywała elegancja gry, że buduje akordy o niezwykłym brzmieniu i umiejętnie zestawia ze sobą różne formy.

1. 'As it is'

Początek płyty bajeczny. Metheny ma dar pisania melodii, które żyją w głowie słuchacza własnym życiem. Ten rozmarzony niby-niedokończony temacik snujący się między akordami to najlepszy przykład. Mamy tu poza tym znany z wcześniejszych płyt, dopracowany już do perfekcji patent aranżacyjny, polegający na podkreślaniu melodii coraz to nowymi głosami - wprowadza ją gitarka, później dochodzi syntetyczny lead, a na końcu wokal Richarda Bony. Słysząc pierwsze nuty improwizy fani Pata uśmiechną się. Sekunda mała w górę, potem w dół... Ile to już razy te interwały były zapowiedzią podróży przez harmonię i melodię utworu?
  Taką muzykę słyszysz, kiedy kluczysz po nieznanym mieście, a nad tobą, niczym babie lato, unosi się zapach waty cukrowej. Ciepły wieczór wyciągnął z domów ludzi, którzy krążą teraz sennie po ulicach, śmieją się i nie mają najmniejszej ochoty wracać do swoich wyściełanych gorącym powietrzem klitek. Przemierzasz szeroki trotuar, po którego obu stronach rosną lampy objęte przez wysokie, liściaste kleszcze... OK.
  Tak to jest.

2. 'Proof'

Nie. Nie jest dobrze, kiedy po kilkunastokrotnym wysłuchaniu utworu nie ma się pewności, czy nam się podoba czy nie. W 'Proof' Metheny niebezpiecznie zbliża się do jazzowego mainstreamu. Jeśli idzie o formę. I tam, i tu mamy szkicowy, rzucony jakby od niechcenia temat, który jest tylko pretekstem do długiej, trochę nudnej rozmowy starych znajomych.

3. 'Another Life'

Fakt, że Anna Maria Jopek sięgnęła akurat po ten utwór w ogóle mnie nie dziwi. Ta rzewność, ten charakterystyczny polski smuteczek... Tak! Bliżej temu kawałkowi do Seweryna Krajewskiego niż PMG. Ten skok w temacie o oktawkę, rozwiązanie "zawieszonia" durem, albo schodzenie basu o sekundę małą w dół... Nie przekonuje mnie tego typu granie, bo jest to taki smutek szyty zbyt grubymi nićmi. Znacznie ciekawsza jest impresjonistyczna impresja w okolicach szóstej minuty. W dodatku te subtelnie i czule podkładane stringi... Cudny fragmencik.
  Wydaje mi się, że muzyka jednoznacznie smutna, tak samo jak wesoła, nie ma w sobie głębi, jest płytka po prostu, bo zamiast dźwięków, słucha się wtedy nastroju.

4. 'The Gathering Sky'

Bezpretensjonalna, zwiewna melodia, ulubiony instrument prowadzący Lyle'a Maysa grający unisono z gitarką bądź basem, a dalej dość typowa dla Pat Metheny Group szybsza część z przeróbką tematu. Powtarzanie się? Chwyt pod publikę? Myślę, że nie, bo ile w końcu można grać w klimatach nostalgicznych albo eksperymentować bez przekonania jak na "Question and Answer"?
  Bardzo smakowitym zabiegem było wkomponowanie w aranż sławnej congi z Rolanda TR-808.
  A ta cudna zmiana trybu tuż po pierwszej minucie?

5. 'You'

Czy nie jest po prostu tak, że w tych najlepszych kawałkach Metheny'ego jest najmniej improwizacji? I zawsze brzmi ona jak kontynuacja tematu.
  Nie lubię improwizacji w muzyce. I nie rozumiem, dlaczego fragment skomponowany w czasie rzeczywistym ma być automatycznie lepszy od czegoś wypracowanego w domu? A bo nastrój chwili, powiedzą. Ale co to ma wspólnego z muzyką? W ten sposób może powstać zarówno coś wspaniałego, jak i przerażający glut. I częściej powstaje to drugie. Dżezmeni, choćby nie wiem jak dobrzy, to nie bogowie, którzy zamieniają w złoto wszystko, czego się tylko tkną, a zwykli ludzie. Może i zdolniejsi od innych, ale tylko ludzie. Też jedzą, śpią, czytają gazety, pierdzą, a nawet, proszę sobie wyobrazić, robią kupę!
  'You' to na pewno jeden z najlepszych songów na płycie, ale byłby jeszcze lepszy, gdyby nie jedna rzecz. Otóż odnoszę wrażenie, że coś tu jest nie tak z dynamiką. Nie polecam słuchać tego kawałka nocą i w słuchawkach - na początku jest cichutko i intymnie, potem dźwięk tężeje i zaczyna męczyć. Szczególnie w okolicach siódmej minuty.

6. 'On Her Way'

Rewelacyjny kawałek. Faceci w dzwonach leniwie szurają sandałami po trotuarze, babeczki w bluzkach bez pleców krążą jak jaskółki, spoglądając na wystawy, a wysoko nad nimi, odgrodzeni od świata szkłem, biznesmeni gadają o nowych rodzajach broni...
  Wspaniała, pełna uniesienia i słonecznej tęsknoty melodia, niewymuszone, treściwe i obfitujące w okrągłe zagrywki solo, stopa przytupującą w refrenie na rockowy sposób...
  Gdyby Antonio Carlos Jobim usłyszał ten numer, poprawiłby tylko swój wiklinowy kapelusz, pociągnął przez słomkę łyk zimnej kaipirinii i powiedział: Que maraviiilha!

7. 'A Place in the World'

Trudno powiedzieć cokolwiek złego o tym kawałku. Ale i cokolwiek dobrego. Generalnie numer sprawia wrażenie ciasta za wcześnie wyjętego z piekarnika. Pianista i trębacz próbują go rozciągać w różne strony, ale w końcu, zrezygnowani, wracają do punktu wyjścia. Owszem, są tu fragmenty niebywałej urody, jak choćby partia trąbeczki czy też "symfoniczna" aranżacja pod koniec, kiedy powraca refren. Ale to za mało! Te nuty są już zmęczone.

8. 'Afternoon'

Kobieca muzyka. Istnieje coś takiego. To muzyka nabita w gładką, wypolerowaną formę, o którą nie sposób się skaleczyć - spokojne tempa, słodkie harmonie, prymat klimatu nad resztą. I nie jest to zarzut, jak by powiedział Lem, jeno konstatacja.
  Tak, wiem, zaraz ktoś powie, że jego żona słucha tylko rzeźniczego techno, w dodatku na cały regulator i drąc się przy tym jak zarzynany świniak. No cóż, i tak bywa. Albo że jego teściowa ma tatuaże na wszystkich kluczowych częściach ciała, nosi kolczatkę na przegubie, a jak zapuści rano Sepulturę, to nawet karaluchy wyłażą z materacy i wybiegają z lokalu, klnąc szpetnie po francusku. No nie przeczę - i tak się zdarza. Ale to wyjątki. "Afternoon" w każdym razie to jak gdyby odprysk ze świata, w którym muzykę komponują kobiety. Odprysk ładny, ale wiadomo, że to, co ładne, nigdy nie będzie piękne.

9. 'Wherever You Go'

Kiedy ktoś ma już taką pozycję jak Metheny, trudno go posądzać o robienie czegoś pod publikę. Jestem przekonany, że na "Speaking of Now" gra dokładnie taką muzykę, jaka mu się podoba i jaka zawsze mu się podobała. Ten numer mógłby się przecież znaleźć i na "Watercolors", i na "Still Life", i na "As Falls Wichita". Świetny. Ostrożny. Pełen późnowiosennej przestrzeni, rozsypanych jakby przypadkowo nut, z liniami ciągnącymi się leniwie gdzieś po obrzeżach akordów.

To całkiem niezła płyta. Co mnie na niej drażni przede wszystkim? Otóż miejscami odnoszę wrażnie, że jest "za dużo nut" i dźwięk staje się męczący. (Chociaż fani trudnej muzyki zakrzykną teraz zapewne: "Co ty, kurna, wiesz o jazzie, majonezie?!".) Nie wiem, czy to wina produkcji, czy też może zasługa nowego bębniarza, który bardzo lubi talerze i jest dość hałaśliwy w stosunku do Paula Wertico. Co poza tym? Nie wiem, dlaczego, ale wszystkie syntezatorowe partie solowe gra jeden instrument, w dodatku instrument ten obecny jest prawie na każdej płycie PMG.
  Ale "Speaking of Now" poznać warto. Klimat jest lekko przydymiony, więc nie wszystko widać od razu, ale kto powiedział, że muzyka musi być ekstrawertyczna i ochoczo obnażać się już na samym początku?

Ocena: 7.1 / 10



Piotr "JazzCat" Pacyna
jazzcat(at)interia.pl

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Skomentuj tekst

Ilość komentarzy: 0


[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
RPWL 'World Through My Eyes'
  RPWL 'World Through My Eyes'

"...Ponad dziesięciominutowe, nasycone elektroniką oraz wschodnimi klimatami, pełne zadumy, transowe nagranie, które spokojnie można zaliczyć do wielkich utworów grupy. Zdecydowanie najlepsza kompozycja w tym zestawie. Na końcu mamy jeszcze przebojowe, zagrane z wielką siłą "Wasted Land", momentami przypominające nawet słynne, mocno "uwielbiane" przez fanów "koszmarki" z "Holidays In Eden" Marillion oraz balladę "Bound To Reach The End", będącą dobrym zwieńczeniem całości...."
Czytaj więcej

  Katatonia - Night Is Th...
  Katatonia - Night Is Th...
  Katatonia - Night Is Th...
  Katatonia - Night Is Th...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff